Ziarnica.pl
← Wróć do działu Ogólne
Ogólne

Czy choroba coś zmieniła?

Autor: kola • 20.11.2012 15:15 • 65 odpowiedzi

paul89

24.11.2012 15:56

Odpowiedz

To i ja się wypowiem:) w moim przypadku choroba zmieniła bardzo dużo i paradoksalnie na lepsze:)mam wrażenie że była mi ona potrzebna bo dopiero po czymś takim człowiek docenia to co ma i zaczyna naprawdę żyć. Ja doceniam teraz każdą sekundę, minutę i godzinę jaką mam i staram się ją wykorzystać na 100% Właśnie mija rok od zakończenia leczenia (abvd + radio) i mogę powiedzieć jedno nigdy nie czułam się lepiej jak teraz, nawet przed chorobą, czuje w sobie tyle siły i energii, radości, że to czasami przeraża nie tylko mnie ale i moje otoczenie:)leczenie nie jest łatwe, nie raz człowiek wyje do księżyca, ale da się to przeżyć, by później było tylko lepiej. Zycie naprawdę staje się piękniejsze kiedy docenimy jak bardzo jest kruche,

INES

24.11.2012 16:17

Odpowiedz
MINUSY
ciągły strach,
niepewność,
zastanawianie się ile jeszcze pożyje,
czy dane objawy to mały pikuś czy już nawrót,
ciężki powrót do normalności,
walka z nadwagą,
nienawiść swoich krótkich włosów

… patrze w lustro i nie poznaje siebie :(


PLUSY
wspaniałe małżeństwo, piękne jak nigdy dotąd (już 13 lat)
bliskość przyjaciół, rodziny, docenianie każdej chwili z nimi,
umiejętność bagatelizowania rzeczy błahych,
dziecięca wręcz radość z powodu rzeczy małych
umiejętność rozmowy, takiej prawdziwej, nieudawanej, nienaciąganej, ot tak po prostu,
wyeliminowanie z życia ludzi fałszywych, zbędnych, pozornie fajnych zjamomości

agnieszka1

24.11.2012 19:17

Odpowiedz

O 17:17, dnia 2012-11-24 INES napisał(-a):

MINUSY

ciągły strach,

niepewność,

zastanawianie się ile jeszcze pożyje,

czy dane objawy to mały pikuś czy już nawrót,

ciężki powrót do normalności,

walka z nadwagą,

nienawiść swoich krótkich włosów

… patrze w lustro i nie poznaje siebie :(

PLUSY

wspaniałe małżeństwo, piękne jak nigdy dotąd (już 13 lat)

bliskość przyjaciół, rodziny, docenianie każdej chwili z nimi,

umiejętność bagatelizowania rzeczy błahych,

dziecięca wręcz radość z powodu rzeczy małych

umiejętność rozmowy, takiej prawdziwej, nieudawanej, nienaciąganej, ot tak po prostu,

wyeliminowanie z życia ludzi fałszywych, zbędnych, pozornie fajnych zjamomości

INES to moje myśli.....

My jesteśmy tacy sami.......

Lena

24.11.2012 20:16

Odpowiedz

PLUSY

wspaniałe małżeństwo, piękne jak nigdy dotąd (już 13 lat)

Oj Ines jak ja Ci zazdroszczę...przeżywanie choroby po rozwodzie w pustych czterech ścianach to zupełnie inna bajka. Boję się, że nie znajdę plusów.

Tomek

25.11.2012 08:37

Odpowiedz

my wiemy o co chodzi bo kochamy życie zgadza się "raczki" ?

To brzmi strasznie: jak ktoś mówi o sobie "raczek". Albo jak ktoś innych stowarzysza za pomocą magicznego słowa. to tak, jakby mnie ciocia szczypała w policzek. mój ty raczku! Jak to przeczytałem, to jakaś kluska nagle pojawiła się w moim gardle i zrobiło mi się słabo. Nie jestem żadnym raczkiem, mimo, że byłem chory i gdyby mnie ktoś tak nazwał, chyba bym zwymiotował ( jak po chemii).

Przejście przez chorobę nie daje recepty na radosne życie. Nie każdy "raczek" będzie szczęśliwy, ponieważ wyzdrowiał. Nie każdy będzie się cieszył z małych rzeczy. Nie każdy doceni przyjaciół. Nie każdy będzie szzęśliwy w małżeństwie, wręcz przeciwnie, takie doświadczenie jest bardzo obciążające. Są badania "quality of life after hl", które pokazują, że choroba statystycznie obciąża: więcej byłych chorych doświadcza kłopotów z nastrojem, zaburzeń afektywnych, gorzej radzą sobie z życiem niż ludzie zdrowi. Są to naturalnie wnioski z badań statystycznych. Przyczyn może być wiele. Są przyczyny takie jak zetknięcie się z realnym zagrożeniem życia, którym jest choroba, są też wynikające z przyjmowanych chemioterapeutyków. Byłym chorym może być ciężej. Nie wolno też zapominać, że umiejętność cieszenia się z małych rzeczy zależy w dużym stopniu od temperamentu.

Lena

25.11.2012 12:16

Odpowiedz

To brzmi strasznie: jak ktoś mówi o sobie "raczek". Albo jak ktoś innych stowarzysza za pomocą magicznego słowa. to tak, jakby mnie ciocia szczypała w policzek. mój ty raczku! Jak to przeczytałem, to jakaś kluska nagle pojawiła się w moim gardle i zrobiło mi się słabo. Nie jestem żadnym raczkiem, mimo, że byłem chory i gdyby mnie ktoś tak nazwał, chyba bym zwymiotował ( jak po chemii).

Przejście przez chorobę nie daje recepty na radosne życie. Nie każdy "raczek" będzie szczęśliwy, ponieważ wyzdrowiał. Nie każdy będzie się cieszył z małych rzeczy. Nie każdy doceni przyjaciół. Nie każdy będzie szzęśliwy w małżeństwie, wręcz przeciwnie, takie doświadczenie jest bardzo obciążające. Są badania "quality of life after hl", które pokazują, że choroba statystycznie obciąża: więcej byłych chorych doświadcza kłopotów z nastrojem, zaburzeń afektywnych, gorzej radzą sobie z życiem niż ludzie zdrowi. Są to naturalnie wnioski z badań statystycznych. Przyczyn może być wiele. Są przyczyny takie jak zetknięcie się z realnym zagrożeniem życia, którym jest choroba, są też wynikające z przyjmowanych chemioterapeutyków. Byłym chorym może być ciężej. Nie wolno też zapominać, że umiejętność cieszenia się z małych rzeczy zależy w dużym stopniu od temperamentu.

Zgadzam się z Tobą Tomku. Ludzie, którzy przeżyli traumę mają pewne obciążenia i ciężko z tym żyć. Ludzie szukają w życiu poczucia bezpieczeństwa...w pracy...w małżeństwie. A taka choroba, wydaje mi się, na zawsze nas pozbawia tego poczucia.

Tomek

25.11.2012 14:11

Odpowiedz

O 13:16, dnia 2012-11-25 Lena napisał(-a):

To brzmi strasznie: jak ktoś mówi o sobie "raczek". Albo jak ktoś innych stowarzysza za pomocą magicznego słowa. to tak, jakby mnie ciocia szczypała w policzek. mój ty raczku! Jak to przeczytałem, to jakaś kluska nagle pojawiła się w moim gardle i zrobiło mi się słabo. Nie jestem żadnym raczkiem, mimo, że byłem chory i gdyby mnie ktoś tak nazwał, chyba bym zwymiotował ( jak po chemii).

Przejście przez chorobę nie daje recepty na radosne życie. Nie każdy "raczek" będzie szczęśliwy, ponieważ wyzdrowiał. Nie każdy będzie się cieszył z małych rzeczy. Nie każdy doceni przyjaciół. Nie każdy będzie szzęśliwy w małżeństwie, wręcz przeciwnie, takie doświadczenie jest bardzo obciążające. Są badania "quality of life after hl", które pokazują, że choroba statystycznie obciąża: więcej byłych chorych doświadcza kłopotów z nastrojem, zaburzeń afektywnych, gorzej radzą sobie z życiem niż ludzie zdrowi. Są to naturalnie wnioski z badań statystycznych. Przyczyn może być wiele. Są przyczyny takie jak zetknięcie się z realnym zagrożeniem życia, którym jest choroba, są też wynikające z przyjmowanych chemioterapeutyków. Byłym chorym może być ciężej. Nie wolno też zapominać, że umiejętność cieszenia się z małych rzeczy zależy w dużym stopniu od temperamentu.

Zgadzam się z Tobą Tomku. Ludzie, którzy przeżyli traumę mają pewne obciążenia i ciężko z tym żyć. Ludzie szukają w życiu poczucia bezpieczeństwa...w pracy...w małżeństwie. A taka choroba, wydaje mi się, na zawsze nas pozbawia tego poczucia.

Ja myślę, że można o tym pamiętać, żeby być dla siebie bardziej wyrozumiałym, ale to wszystko też nie musi przybierać takiego fatalistycznego tonu jaki mi się powyżej wplótł. Można nad sobą pracować. Można też wykorzystać ten czas na refleksje. Jest taka scena w Oddziale chorych na raka Sołżenicyna, gdzie w pewnym pomieszczeniu siedzą chorzy i rozprawiają na temat tego, co jest najważniejsze w życiu. Może wcześniej nie mieli okazji się nad tym zastanowić.

kola

25.11.2012 18:59

Odpowiedz

Zgadzam się z Tobą Tomku. Ludzie, którzy przeżyli traumę mają pewne obciążenia i ciężko z tym żyć. Ludzie szukają w życiu poczucia bezpieczeństwa...w pracy...w małżeństwie. A taka choroba, wydaje mi się, na zawsze nas pozbawia tego poczucia.

Ja myślę, że można o tym pamiętać, żeby być dla siebie bardziej wyrozumiałym, ale to wszystko też nie musi przybierać takiego fatalistycznego tonu jaki mi się powyżej wplótł. Można nad sobą pracować. Można też wykorzystać ten czas na refleksje. Jest taka scena w Oddziale chorych na raka Sołżenicyna, gdzie w pewnym pomieszczeniu siedzą chorzy i rozprawiają na temat tego, co jest najważniejsze w życiu. Może wcześniej nie mieli okazji się nad tym zastanowić.

Zastanawiam się Tomek, czy Ty też jesteś jednym z nas ozdrowieńców ( raczki ).Piszesz o statystykach, według których części z nas tutaj piszących powinno już nie być, a jednak jesteśmy.Piszesz również że oni nie mieli okazji się zastanowić co jest najważniejsze w życiu. A może to właśnie dzięki chorobie zaczęli się nad życiem zastanawiać i nad tym co jest dla nich najważniejsze. To nie tylko choroba ale codzienna pogoń za pieniądzem,wiadomości w mediach i to zło które nas otacza, pozwala nam zapominać o innych wartościach życiowych. Czy naprawdę musimy się na to godzić i pozbywać się własnych marzeń i radości życia??

" Dla świata jesteś być może kimś z wielu,

Lecz dla kogoś możesz być całym światem "

Lena

25.11.2012 19:17

Odpowiedz
Dla osób, które w życiu goniły za pieniądzem, nie miały chwili na rozmyślanie nad prawdziwym sensem taka choroba może być pewnym "resetem", chwią zwolnienia itd, ale ja niestety o tym co jest w życiu najważniejsze miałam okazję myśleć przez ostatnie 3 lata (choroba dziadków, choroba ojca, rozwód itd), a kiedy wytłumaczyłam sobie, że to jeszcze nie koniec, że coś mnie może jeszcze w życiu pozytywnego spotkać to...dowiedziałam się, że mam raka. I jak tu nie myśleć, że ktoś u góry zadrwił z mojego życia?
Ostatnio aż mnie głowa boli od myślenia :) Macie jakieś pomysły co poza roztrząsaniem sensu życia można robić przez te pół roku leczenia?

Tomek

25.11.2012 19:26

Odpowiedz

O 20:17, dnia 2012-11-25 Lena napisał(-a):

Dla osób, które w życiu goniły za pieniądzem, nie miały chwili na rozmyślanie nad prawdziwym sensem taka choroba może być pewnym "resetem", chwią zwolnienia itd, ale ja niestety o tym co jest w życiu najważniejsze miałam okazję myśleć przez ostatnie 3 lata (choroba dziadków, choroba ojca, rozwód itd), a kiedy wytłumaczyłam sobie, że to jeszcze nie koniec, że coś mnie może jeszcze w życiu pozytywnego spotkać to...dowiedziałam się, że mam raka. I jak tu nie myśleć, że ktoś u góry zadrwił z mojego życia?

Ostatnio aż mnie głowa boli od myślenia :) Macie jakieś pomysły co poza roztrząsaniem sensu życia można robić przez te pół roku leczenia?

Starać się normalnie żyć. Pamiętam, że to było możliwe, jeżeli tylko nie atakowały mnie zbyt duże nudności, albo obawy. Spotykałem się z ludzmi, z rodziną. Wyjeżdzałem do siostry, a jak tylko mogłem oglądałem coś interesującego, albo wychodziłem z psem na krótki spacer. Pod koniec leczenia, już przy radioterapii wyjechałem ze znajomymi nad jezioro pod namiot. Czasami rzeczy układają się w taki sposób jak piszesz, ale nikt nie drwi z naszego życia.

zuza89

25.11.2012 19:58

Odpowiedz

zgadzam się tu i z Ines i z Paul8 dodam jeszcze, że jest ta obawa czy dalej będę musiała się leczyć (niby leczenie zostało zakończone, ale czuje się tak jakbym miała tylko przerwę) nie ma dnia żebym nie myślała czy to koniec. Jak wrócę do normalnego życia, potem kontrolne badania i ten strach czy znowu będę musiała przez to przechodzić, zmieniać wielkie plany, rozstawać się z najbliższa osobą. Tęsknota dobija człowieka, bo tak naprawdę to jest jeden z trzech głównych problemów dla mnie, ta cała choroba nie jest aż taka straszna, wiem że można leczyć się latami i można nie przeżyć tego wszystkiego, ale rzadko myślę o tym, bo jestem młoda i mam tyle rzeczy jeszcze do zrobienia, i właśnie przez tą chorobę (tak jak ktoś tu napisał) inaczej patrzę na życie i doceniam je.

ada26

25.11.2012 20:05

Odpowiedz

O 20:17, dnia 2012-11-25 Lena napisał(-a):

Dla osób, które w życiu goniły za pieniądzem, nie miały chwili na rozmyślanie nad prawdziwym sensem taka choroba może być pewnym "resetem", chwią zwolnienia itd, ale ja niestety o tym co jest w życiu najważniejsze miałam okazję myśleć przez ostatnie 3 lata (choroba dziadków, choroba ojca, rozwód itd), a kiedy wytłumaczyłam sobie, że to jeszcze nie koniec, że coś mnie może jeszcze w życiu pozytywnego spotkać to...dowiedziałam się, że mam raka. I jak tu nie myśleć, że ktoś u góry zadrwił z mojego życia?

Ostatnio aż mnie głowa boli od myślenia :) Macie jakieś pomysły co poza roztrząsaniem sensu życia można robić przez te pół roku leczenia?

Lena pisałam już że jestem po 11wlewie:)wiadomo początek szok wielkie pytanie co robić?jak dalej żyć?mam też małego synka który miał niecałe dwa miesiące kiedy dowiedziałam się o chorobie także nim było fajnie zadawałam sobie też pytanie co ze Mnie za matka skoro nie będę miała sił się zająć synem?no dzięki Bogu był przy Mnie mąż który dodał otuchy :)ale po chemi jak wracałam do domu bo muszę jechać 150km.to sobie powtarzała nie ma lezenia,smutku dla syna muszę być uśmiechnięta i mieć siłę:)i tak było wracałam i odrazu zajmowałam się synkiem:)czasami w między czasie poszłam zwymiotowac ,mylam zęby i wracałam do synka:)byłam też na wakacjach ,spotykam się ze znajomymi ,tańcze oni pijąalkohol a ja cole ale skłamałabym gdybym napisala że od czasu do czasu też wypije piwko:)wszystko u Mnie zostało po staremu może tylko inaczej się odzywiam niż wcześniej.Także żyć normalnie nie smucic się,nie uzalac.Być może moje leczenie na 12wlewach się nie skończy ale jestem dobrej myśli:)ją myślę że już wygrałam tak dobrze się czuje że czasem zapominam że jestem chora a znajomi mówia że po Mnie wogóle nie widać choroby i leczenia:)Głowa do góry;-)

Iness

26.11.2012 10:43

Odpowiedz

O 20:17, dnia 2012-11-25 Lena napisał(-a):

Dla osób, które w życiu goniły za pieniądzem, nie miały chwili na rozmyślanie nad prawdziwym sensem taka choroba może być pewnym "resetem", chwią zwolnienia itd, ale ja niestety o tym co jest w życiu najważniejsze miałam okazję myśleć przez ostatnie 3 lata (choroba dziadków, choroba ojca, rozwód itd), a kiedy wytłumaczyłam sobie, że to jeszcze nie koniec, że coś mnie może jeszcze w życiu pozytywnego spotkać to...dowiedziałam się, że mam raka. I jak tu nie myśleć, że ktoś u góry zadrwił z mojego życia?

Ostatnio aż mnie głowa boli od myślenia :) Macie jakieś pomysły co poza roztrząsaniem sensu życia można robić przez te pół roku leczenia?

Ja hmmm miesiąc może dwa przed zachorowaniem pomyślałam sobie ze jak mam umrzeć to chce na raka! A potem bach diagnoza, co na to powiesz? I podniosłam się i jestem z siebie dumna ,sama sobie pokazałam ze pomimo śmierci taty na raka, pomimo ze tak pomyślałam, pomimo ze mnie to spotkało, pokaże chorobie, kto tu rządzi. I teraz ja sama kieruje swoim życiem. Tylko ja mam na nie wpływ a nie los czy przypadek. Wierze w boga i dziękuje mu za chorobę i za zdrowie, ale wiem ze sama sobie to zawdzięczam, bo leżenie i modlenie się o cud to strata czasu. A co do "raczka" to widzę ze ktoś ma problem z sobą tak naprawdę. Ja na początku oburzałam się na to określenie mnie, ale to prawda... To ze wygraliśmy z choroba to nie znaczy ze jej w sobie nie mamy.. bo mamy tylko uśpioną. Wiec efekt wymiotny jest oznaka ze ktoś tu siebie nie akceptuje. Można opierać się na statystykach i innych bzdurach, ale co to da? Gdybym patrzyła na stereopary i opinie innych to nie podjęłabym walki z choroba, bo, po co? Przecież jest opinia ze rak to śmierć tak? Wiec, po co obciążać NFZ i leczyć się skoro z góry jesteśmy skreśleni? NIE NIE JESTESMY. Jak ktoś wspomina o statystykach to śmiać mi się chce ze ludzie wierzą w te głupoty? Niema statystycznego człowieka. Owszem ludzie załamują się w trakcie choroby i po niej, ale to rzadkość, większość, zmienia siebie i swoje spostrzeganie świata i to jest piękne. Czasami trzeba przeżyć taka traumę by zobaczyć światełko w tunelu, jeśli ktoś pomimo wygranej go nie widzi to nie wykorzystał szansy…..

kola

26.11.2012 11:00

Odpowiedz

Ja hmmm miesiąc może dwa przed zachorowaniem pomyślałam sobie ze jak mam umrzeć to chce na raka! A potem bach diagnoza, co na to powiesz? I podniosłam się i jestem z siebie dumna ,sama sobie pokazałam ze pomimo śmierci taty na raka, pomimo ze tak pomyślałam, pomimo ze mnie to spotkało, pokaże chorobie, kto tu rządzi. I teraz ja sama kieruje swoim życiem. Tylko ja mam na nie wpływ a nie los czy przypadek. Wierze w boga i dziękuje mu za chorobę i za zdrowie, ale wiem ze sama sobie to zawdzięczam, bo leżenie i modlenie się o cud to strata czasu. A co do "raczka" to widzę ze ktoś ma problem z sobą tak naprawdę. Ja na początku oburzałam się na to określenie mnie, ale to prawda... To ze wygraliśmy z choroba to nie znaczy ze jej w sobie nie mamy.. bo mamy tylko uśpioną. Wiec efekt wymiotny jest oznaka ze ktoś tu siebie nie akceptuje. Można opierać się na statystykach i innych bzdurach, ale co to da? Gdybym patrzyła na stereopary i opinie innych to nie podjęłabym walki z choroba, bo, po co? Przecież jest opinia ze rak to śmierć tak? Wiec, po co obciążać NFZ i leczyć się skoro z góry jesteśmy skreśleni? NIE NIE JESTESMY. Jak ktoś wspomina o statystykach to śmiać mi się chce ze ludzie wierzą w te głupoty? Niema statystycznego człowieka. Owszem ludzie załamują się w trakcie choroby i po niej, ale to rzadkość, większość, zmienia siebie i swoje spostrzeganie świata i to jest piękne. Czasami trzeba przeżyć taka traumę by zobaczyć światełko w tunelu, jeśli ktoś pomimo wygranej go nie widzi to nie wykorzystał szansy…..

Iness popieram Cię w 100 procentach. Widzę że jednak są osoby które mają takie myślenie i podejście do problemu jak ja. I właśnie to cieszy.

Iness

26.11.2012 11:20

Odpowiedz

O 12:00, dnia 2012-11-26 kola napisał(-a):

Ja hmmm miesiąc może dwa przed zachorowaniem pomyślałam sobie ze jak mam umrzeć to chce na raka! A potem bach diagnoza, co na to powiesz? I podniosłam się i jestem z siebie dumna ,sama sobie pokazałam ze pomimo śmierci taty na raka, pomimo ze tak pomyślałam, pomimo ze mnie to spotkało, pokaże chorobie, kto tu rządzi. I teraz ja sama kieruje swoim życiem. Tylko ja mam na nie wpływ a nie los czy przypadek. Wierze w boga i dziękuje mu za chorobę i za zdrowie, ale wiem ze sama sobie to zawdzięczam, bo leżenie i modlenie się o cud to strata czasu. A co do "raczka" to widzę ze ktoś ma problem z sobą tak naprawdę. Ja na początku oburzałam się na to określenie mnie, ale to prawda... To ze wygraliśmy z choroba to nie znaczy ze jej w sobie nie mamy.. bo mamy tylko uśpioną. Wiec efekt wymiotny jest oznaka ze ktoś tu siebie nie akceptuje. Można opierać się na statystykach i innych bzdurach, ale co to da? Gdybym patrzyła na stereopary i opinie innych to nie podjęłabym walki z choroba, bo, po co? Przecież jest opinia ze rak to śmierć tak? Wiec, po co obciążać NFZ i leczyć się skoro z góry jesteśmy skreśleni? NIE NIE JESTESMY. Jak ktoś wspomina o statystykach to śmiać mi się chce ze ludzie wierzą w te głupoty? Niema statystycznego człowieka. Owszem ludzie załamują się w trakcie choroby i po niej, ale to rzadkość, większość, zmienia siebie i swoje spostrzeganie świata i to jest piękne. Czasami trzeba przeżyć taka traumę by zobaczyć światełko w tunelu, jeśli ktoś pomimo wygranej go nie widzi to nie wykorzystał szansy…..

Iness popieram Cię w 100 procentach. Widzę że jednak są osoby które mają takie myślenie i podejście do problemu jak ja. I właśnie to cieszy.

ja wiemz ze moje nastawienie i mega optymizm moze szokowac ale coz ja juz tak mam to jest plus tej choroby ;)

Tomek

26.11.2012 13:58

Odpowiedz

O 11:43, dnia 2012-11-26 Iness napisał(-a):

O 20:17, dnia 2012-11-25 Lena napisał(-a):

Dla osób, które w życiu goniły za pieniądzem, nie miały chwili na rozmyślanie nad prawdziwym sensem taka choroba może być pewnym "resetem", chwią zwolnienia itd, ale ja niestety o tym co jest w życiu najważniejsze miałam okazję myśleć przez ostatnie 3 lata (choroba dziadków, choroba ojca, rozwód itd), a kiedy wytłumaczyłam sobie, że to jeszcze nie koniec, że coś mnie może jeszcze w życiu pozytywnego spotkać to...dowiedziałam się, że mam raka. I jak tu nie myśleć, że ktoś u góry zadrwił z mojego życia?

Ostatnio aż mnie głowa boli od myślenia :) Macie jakieś pomysły co poza roztrząsaniem sensu życia można robić przez te pół roku leczenia?

Ja hmmm miesiąc może dwa przed zachorowaniem pomyślałam sobie ze jak mam umrzeć to chce na raka! A potem bach diagnoza, co na to powiesz? I podniosłam się i jestem z siebie dumna ,sama sobie pokazałam ze pomimo śmierci taty na raka, pomimo ze tak pomyślałam, pomimo ze mnie to spotkało, pokaże chorobie, kto tu rządzi. I teraz ja sama kieruje swoim życiem. Tylko ja mam na nie wpływ a nie los czy przypadek. Wierze w boga i dziękuje mu za chorobę i za zdrowie, ale wiem ze sama sobie to zawdzięczam, bo leżenie i modlenie się o cud to strata czasu. A co do "raczka" to widzę ze ktoś ma problem z sobą tak naprawdę. Ja na początku oburzałam się na to określenie mnie, ale to prawda... To ze wygraliśmy z choroba to nie znaczy ze jej w sobie nie mamy.. bo mamy tylko uśpioną. Wiec efekt wymiotny jest oznaka ze ktoś tu siebie nie akceptuje. Można opierać się na statystykach i innych bzdurach, ale co to da? Gdybym patrzyła na stereopary i opinie innych to nie podjęłabym walki z choroba, bo, po co? Przecież jest opinia ze rak to śmierć tak? Wiec, po co obciążać NFZ i leczyć się skoro z góry jesteśmy skreśleni? NIE NIE JESTESMY. Jak ktoś wspomina o statystykach to śmiać mi się chce ze ludzie wierzą w te głupoty? Niema statystycznego człowieka. Owszem ludzie załamują się w trakcie choroby i po niej, ale to rzadkość, większość, zmienia siebie i swoje spostrzeganie świata i to jest piękne. Czasami trzeba przeżyć taka traumę by zobaczyć światełko w tunelu, jeśli ktoś pomimo wygranej go nie widzi to nie wykorzystał szansy…..

Ines napisałem o wnioskach z badań ankietowych. Wiem, że to tylko statystyka, ale statystyka ta opisuje rzeczywistość. Ktoś nas leczył albo leczy też w oparciu o wyniki statystyczne związane ze skutecznością danych substancji. nie leczy na oko, ani zgodnie z wyczuciem. Nikt statystycznie nie jest skreślony Iness, ponieważ statystycznie wyleczenia ziarnicy w II stadium to ok. 90 procent.. Nie widzę nic pięknego w chorobie, ale jeżeli takie myślenie pomaga komuś przy okazji choroby, to niech sobie właśnie tak myśli, dlaczego by nie ? Napisałem wam o tym, że chorym, którzy wyzdrowieli może być ciężej emocjonalnie niż zdrowym od zawsze, bo po pierwsze wydaje się, że jest to zgodne z prawdą i z badanami, po drugie może dać nam jakieś argumenty, żebyśmy dawali sobie więcej luzu. Hm ?

Iness

27.11.2012 08:55

Odpowiedz

O 14:58, dnia 2012-11-26 Tomek napisał(-a):

O 11:43, dnia 2012-11-26 Iness napisał(-a):

O 20:17, dnia 2012-11-25 Lena napisał(-a):

Dla osób, które w życiu goniły za pieniądzem, nie miały chwili na rozmyślanie nad prawdziwym sensem taka choroba może być pewnym "resetem", chwią zwolnienia itd, ale ja niestety o tym co jest w życiu najważniejsze miałam okazję myśleć przez ostatnie 3 lata (choroba dziadków, choroba ojca, rozwód itd), a kiedy wytłumaczyłam sobie, że to jeszcze nie koniec, że coś mnie może jeszcze w życiu pozytywnego spotkać to...dowiedziałam się, że mam raka. I jak tu nie myśleć, że ktoś u góry zadrwił z mojego życia?

Ostatnio aż mnie głowa boli od myślenia :) Macie jakieś pomysły co poza roztrząsaniem sensu życia można robić przez te pół roku leczenia?

Ja hmmm miesiąc może dwa przed zachorowaniem pomyślałam sobie ze jak mam umrzeć to chce na raka! A potem bach diagnoza, co na to powiesz? I podniosłam się i jestem z siebie dumna ,sama sobie pokazałam ze pomimo śmierci taty na raka, pomimo ze tak pomyślałam, pomimo ze mnie to spotkało, pokaże chorobie, kto tu rządzi. I teraz ja sama kieruje swoim życiem. Tylko ja mam na nie wpływ a nie los czy przypadek. Wierze w boga i dziękuje mu za chorobę i za zdrowie, ale wiem ze sama sobie to zawdzięczam, bo leżenie i modlenie się o cud to strata czasu. A co do "raczka" to widzę ze ktoś ma problem z sobą tak naprawdę. Ja na początku oburzałam się na to określenie mnie, ale to prawda... To ze wygraliśmy z choroba to nie znaczy ze jej w sobie nie mamy.. bo mamy tylko uśpioną. Wiec efekt wymiotny jest oznaka ze ktoś tu siebie nie akceptuje. Można opierać się na statystykach i innych bzdurach, ale co to da? Gdybym patrzyła na stereopary i opinie innych to nie podjęłabym walki z choroba, bo, po co? Przecież jest opinia ze rak to śmierć tak? Wiec, po co obciążać NFZ i leczyć się skoro z góry jesteśmy skreśleni? NIE NIE JESTESMY. Jak ktoś wspomina o statystykach to śmiać mi się chce ze ludzie wierzą w te głupoty? Niema statystycznego człowieka. Owszem ludzie załamują się w trakcie choroby i po niej, ale to rzadkość, większość, zmienia siebie i swoje spostrzeganie świata i to jest piękne. Czasami trzeba przeżyć taka traumę by zobaczyć światełko w tunelu, jeśli ktoś pomimo wygranej go nie widzi to nie wykorzystał szansy…..

Ines napisałem o wnioskach z badań ankietowych. Wiem, że to tylko statystyka, ale statystyka ta opisuje rzeczywistość. Ktoś nas leczył albo leczy też w oparciu o wyniki statystyczne związane ze skutecznością danych substancji. nie leczy na oko, ani zgodnie z wyczuciem. Nikt statystycznie nie jest skreślony Iness, ponieważ statystycznie wyleczenia ziarnicy w II stadium to ok. 90 procent.. Nie widzę nic pięknego w chorobie, ale jeżeli takie myślenie pomaga komuś przy okazji choroby, to niech sobie właśnie tak myśli, dlaczego by nie ? Napisałem wam o tym, że chorym, którzy wyzdrowieli może być ciężej emocjonalnie niż zdrowym od zawsze, bo po pierwsze wydaje się, że jest to zgodne z prawdą i z badanami, po drugie może dać nam jakieś argumenty, żebyśmy dawali sobie więcej luzu. Hm ?

po tym co ja tu czytam to niewidze przykladow by komus bylo ciezej po chorobie..... statystyka nie opisuje rzeczywistosci.....leczenie w oparciu o wyniki statystyczne ? statystyka to wyniki matematycznych działan ,wskaznikow itd. owszem zbiera sie dane poprzez np. ankiete ale potem te odpowiedzi sa wyliczane wzorami i to juz przestaje byc prawdziwe i odwzorujace parwde... niestety wiec nieradzilabym sie na to powoływac ani nawet patrzec bo to w wiekszosci wypadkow jest zakrzywiona ( i to bardzo) rzeczywistosc.

Syringa

27.11.2012 15:39

Odpowiedz
Wśród tylu ochów i achów czuję się jak dziwoląg.
Choroba nie zmieniła mojego życia na lepsze, dzięki niej nie odkryłam pięknej strony życia, nie stałam się bardziej cierpliwa, oraz nie zrozumiałam nagle problemów innych ludzi. Co najwyżej stałam się bardziej wredna i zgryźliwa :)

Ada26: Ból głowy (czy jakiejkolwiek innej części ciała) może być nie do wytrzymania. Taka osoba może czuć się gorzej, niż Ty podczas leczenia onkologicznego. Śmianie się z tego sugeruje deficyt wrażliwości. W chorobach najgorszy jest właśnie ból, a nie to, że masz mniej energii, mniej siły, czy to, że możesz umrzeć.

Iness: Przyznaj się, że jesteś masochistką :) Przecież by zacząć kochać swoje życie nie trzeba najpierw ciężko zachorować.
I o jakich „raczkach” mówisz? Tutaj nikt nie ma i nie miał raka. Jakbyś napisała „chłoniaczki”, „ziarniaczki” itp. to by to miało sens, a tak…

Syringa

27.11.2012 15:44

Odpowiedz
Zuza89: Nie wiem czy dobrze zrozumiałam wypowiedź o rodzinie. Czy uważasz, że pomimo iż, bardzo pomagali, to tak naprawdę nic nie rozumieją bo to nie oni byli chorzy? Jeśli tak, to się nie zgadzam. Patrząc na zachowanie mojej rodziny, uważam, że pod pewnymi względami mieli trudniej i gorzej. To oni musieli wziąć na barki cały ciężar codziennego życia. To oni musieli dużo zmienić, przemyśleć sobie pewne sprawy, gdy moje zadania zredukowały się do zdrowienia.

Kola: Zgadzam się co do tego, że po leczeniu powrócą marzenia i plany. Tylko niekoniecznie w tym samym kształcie.
Również, jeśli ktoś przed chorobą umiał docenić drobiazgi, to wcale mu nie dojdzie ta zachwalana, nie tylko przez Ciebie, radość życia. Wręcz przeciwnie, dostrzeże ograniczenia. Podam przykład meteorologiczny - Słońcem mogę cieszyć się nadal, ale wyjść na ulewny deszcz, tak jak w piosence „Ciągle pada” Czerwonych gitar już nie mogę. Nie przestałam tego lubić. Niestety muszę się ograniczać do patrzenia przez okno, gdyż takie wyjście skończyłoby się teraz co najmniej 3 tygodniowym przeziębieniem. Chłoniak zmniejszył moje możliwości w sprawianiu sobie i innym drobnych przyjemności.
Na szczęście nie zabrał wszystkich. I tym optymistycznym akcentem kończę.

Syringa

27.11.2012 15:49

Odpowiedz

Oj Ines jak ja Ci zazdroszczę...przeżywanie choroby po rozwodzie w pustych czterech ścianach to zupełnie inna bajka. Boję się, że nie znajdę plusów.

Leno, rozwód też może być plusem, zależy jak na to spojrzeć.