Na razie jestem dopiero po 1 wlewie i powiem szczerze, że przez chorobę zawaliło się całe moje życie. Mieszkam sama, mam 37 lat, od prawie dwóch lat starałam się o wymarzoną pracę, którą dostałam w momencie jak dowiedziałam się o ziarnicy. Musiałam zrezygnować. Byłam bardzo aktywną osobą, kursy, szkolenia, chciałam pójść na MBA.. Perspektywa leczenia co najmniej pół roku i potem przynajmniej rok obserwowania organizu, kontrole co 2 miesiące...to mnie przeraża. Zanim wrócę do normalnego życia minie pewnie ze dwa lata, a strach i tak pozostanie. Nie umiem jakoś znaleźć pozytywów. Dużo podróżowałam, to była moja wielka życiowa pasja, a po ziarnicy wycieczki do Indii czy Kambodży to duże ryzyko (przynajmniej na 5 lat trzeba będzie z tego zrezygnować). Wiem, że trzeba cieszyć się, że to nie rak płuc czy mózgu, ale jeszcze niedawno miałam zupełnie inne problemy i ta zmiana o 180 stopnii strasznie mnie dołuje. Zastananawiam się nad jakimiś lekami, ale tyle chemii i jeszcze psychotropy to chyba za dużo.
Ja cały czas szukałam pozytywnych rzeczy tej całej choroby, nawet takich drobnych np to że zawsze chciałam ściąć włosy na krótko, ale miałam odwagi, bo uwielbiam długie włosy, a teraz wszyscy mówią mi że lepiej mi w krótkich, samo to że mam inne podejście do życia, tak jak wyżej napisała ada26. Doceniam to co mam, ludzie mają gorsze choroby, a my możemy się z tego wyleczyć. Niby to aż ziarnica, ale jednak tylko. Tak jak większości ludzi układa się i tu nagle wszystko się wali, tez tak miałam. Naprawdę współczuję i trzymam kciuki żeby szybko się to skończyło.