moniq
19.11.2008 13:28
Od kwietnia tego roku biorę tabletki antykoncepcyjne, nie ze względu na samą antykoncepcje ale raczej dlatego że tak mi zaleciła moja pani ginekolog. W styczniu skończyłam chemie i miałam strasznie rozregulowany cykl miesiączkowy, wtedy pani ginekolog doradziła mi tabletki a mój lekarz onkolog przychylił się do tego. No ale do rzeczy.... dzisiaj byłam u ginekologa po kolejną receptę ale nie miałam jak iść do tej pani co zwykle bo studiuje i przebywam teraz w Rzeszowie więc wybrałam się do tutejszej przychodni. Pani W. poznała całą moją historie i skorzystała z prawa do odmowy wypisania recepty na takie tabletki. Nie pomogły tłumaczenia że dla mnie stanowi to jakby kurację hormonalną, uparła się że nie jestem mężatką i nie wypisze mi recepty. Chciała nauczyć mnie jak się prowadzi kalendarzyk, tłumaczyłam że nie oto chodzi, że wcześniej czułam się tragicznie a po tych tabletkach wszystko mija. Na co ona zawołała położną żeby posłuchała co ja wygaduje... gdzyby nie to że już wystarczająco zdenerwowana byłam i wyszłam to zaczęłaby się nagonka na mnie. Czułam się tam jak czarownica którą tłum chce spalić na stosie. Próbowała mi wmówić swoją ideologię i swój światopogląd.
A teraz proszę was o opinię. Czy to ja jestem nienormalna że próbuje na swój sposób kierować swoim życiem... czy to pani W. ma coś nie tak z głową. No i jak tam u was z tymi "sprawami" jest??
Trochę się rozpisałam, mam nadzieję że ktoś to przeczyta