Ziarnica.pl
← Wróć do działu Ogólne
Ogólne

O tym jak chłoniak uratował moje życie...

Autor: nieChłoniakowa • 06.04.2014 16:31 • 4 odpowiedzi

nieChłoniakowa

06.04.2014 16:31

Odpowiedz
...chłoniak, którego wcale nie miałam.

Cześć, postanowiłam się z Wami podzielić moją historią. Nie wiem dlaczego, po prostu chcę.

3 lata temu wyskoczył mi węzeł chłonny na szyi. Pomyślałam - a, niedawno miałam grypę, pewnie "pochorobowy", zbadałam całą szyję, pachwiny, pachy i kolana - brak innych węzłów. Zapomniałam o tym kompletnie.

Po około 2 tygodniach sprawdziłam stan węzła, nadal mniej więcej taki sam, ale o dziwo - odnalazłam na szyi jeszcze 3 + jeden w dole nadobojczykowym. Spanikowałam. Następnego dnia wizyta u lekarza rodzinnego, skierowanie na morfologię krwi. Akurat miałam okres, więc musiałam poczekać kilka dni na badanie. Dobra, stawiam się w laboratorium o 7 rano. Godzina 16 - wizyta z wynikami u lekarza rodzinnego. Lekkie przerażenie na jego twarzy, skierowanie na rtg klatki piersiowej, usg brzucha na cito i skierowanie do poradni hematologicznej na cito.

Wyszłam z gabinetu z chyba 40 stopniową gorączką - tak reaguję na stres. Ledwo dowlokłam się na 2 piętro przychodni, gdzie robili rtg. Dałam Pani w okienku skierowanie, kazała mi czekać, zaraz mnie zawoła. Weszłam na rtg, myślałam, że zemdleje stojąc naga od pasa w górę. Wyszłam, zamówiłam taksówkę. Wpadłam do domu, zaczęłam strasznie ryczeć.

Następnego dnia poszłam odebrać rtg - czysto. Trochę mi się poprawiło. Na usg poszłam prywatnie za dwa dni, bo mimo iz skierowanie było na cito to musiałam czekać 2 tygodnie. Nie wytrzymałabym. Wynik usg - powiększony węzeł krezkowy, powiększona śledziona. Znowu cała zapłakana.

Wizyta u hematologa w kolejnym tygodniu. Pani zbadała mnie palpacyjnie dokładnie, spojrzała na morfologię z lekkim przerażeniem i dostałam skierowanie na wycięcie węzła z dołu nadobojczykowego. Padło podejrzenie, że to najprawdopodobniej chłoniak, biorąc pod uwagę objawy towarzyszące - ból głowy, poty, swędzenie ciała. 2 tygodnie czekania - CZYSTO. Radość jakiej mało. Idę do hematologa, niestety u niego już takiej radości nie ujrzałam. Stwierdził, że czasami niektóre węzły są czyste. Pobranie kolejnego węzła. Już się pogodziłam właściwie z chorobą, miałam całkiem dobry humor i doszłam do wniosku, że co tam, będę walczyć i wygram. Kolejny wynik - CZYSTO!!! Pozostałe węzły w ciągu 2 miesięcy całkowicie zniknęły... Do tej pory niewiadomo co to było, morfologia "wskoczyła" na swoje miejsce. Lekarz rodzinny uznał to za "cud".

W trakcie mojej "choroby" przesiadywałam na tym właśnie forum, nadal często tu zaglądam kibicując Wam wszystkim. Wy wcale mnie nie znacie, ale ja znam Was dosyć dobrze. :) Nie padło podejrzenie o konkretny rodzaj chłoniaka, jednak na to forum gogle skierowało mnie od razu. :)

Do rzeczy - do czasu mojego "chłoniaka" prowadziłam beztroskie, bezsensowne życie. Bezsensowne studia, byleby tylko studiować i nie musieć pracować, co tam, przecież mam dobrze sytuowanych rodziców, mają pieniądze więc po co mi swoje. Związek niezbyt udany z facetem, raczej przez mój charakter, choć i on nie był święty.

Dzięki temu zrozumiałam ile znaczy proste, krótkie słowo "żyć", że trzeba się "śpieszyć" idąc za myślą Twardowskiego. Zaczęłam studiować pielęgniarstwo, chciałam coś osiągnąć, nie na gruncie finansowym, ale chciałam się spełnić, chciałam zrobić coś ważnego w swoim życiu, spowodować, że chociaż jednej osobie na mojej drodze będę mogła pomóc.

Zmieniłam się całkowicie - każdego ranka robiąc makijaż i widząc na mojej szyi dwie blizny (już ledwo widoczne) uśmiecham się do siebie. Uważam, że te blizny są najpiękniejszą częścią mojego ciała, bo będą mi przypominać jak ważne jest życie, coś w rodzaju tatuażu. Związek? Nadal jestem z tym facetem, już narzeczonym. Zarówno jego, jak i mnie to doświadczenie bardzo zmieniło. Ja stałam się spokojniejsza, nie czepiam się o pierdoły i nie zaprzątam sobie nimi głowy, bo po co, przecież to nie ważne, że zapomniał kupić cytryn czy zapomniał pozmywać. On podobnie, również bardzo się zmienił. Jesteśmy zaręczeni. W następnym roku kończę studia, moim marzeniem jest pracować właśnie na oddziale hematologicznym. Jestem zapisana w banku dawców szpiku i komórek macierzystych, jak i regularnie od tamtego czasu oddaję krew.

Dlaczego to napisałam? Nie wiem naprawdę, chciałam się podzielić moją historią. Myślę, że moje zycie potoczyłoby się podobnie nawet, jeśli okazałoby się, że jestem chora. Może Bóg dał mi jeszcze jedną szansę, żebym coś zrobiła ze swoim życiem i zaczęła ŻYĆ, a nie bezsensownie egzystować. Oczywiście proszę nie zrozumieć mnie źle, że uważam iż chłoniak jest "karą" za "złe" życie. Absolutnie. Po prostu podczas "diagnozy" miałam w głowie tyle przemyśleń, że przecież nic nie osiągnęłam, że postanowiłam postawić sobie cele, które sprawią, że poczuje się spełniona.

W każdym razie, czuje się z Wami wszystkimi bardzo związana, bo to szczęśliwe historie na forum i na stronie bardzo dużo mnie nauczyły. Wszystkim z całego serca życzę wszystkiego dobrego i tego, ażeby każdy z Was mógł znaleźć się w galerii ozdrowieńców, już nigdy z niej nie znikając. :)

Pozdrawiam serdecznie,
nieChłoniakowa :)

nadziejazetezNiechloniakowa

06.04.2014 19:06

Odpowiedz

O 18:31, dnia 2014-04-06 nieChłoniakowa napisał(-a):

...chłoniak, którego wcale nie miałam.

Cześć, postanowiłam się z Wami podzielić moją historią. Nie wiem dlaczego, po prostu chcę.

3 lata temu wyskoczył mi węzeł chłonny na szyi. Pomyślałam - a, niedawno miałam grypę, pewnie "pochorobowy", zbadałam całą szyję, pachwiny, pachy i kolana - brak innych węzłów. Zapomniałam o tym kompletnie.

Po około 2 tygodniach sprawdziłam stan węzła, nadal mniej więcej taki sam, ale o dziwo - odnalazłam na szyi jeszcze 3 + jeden w dole nadobojczykowym. Spanikowałam. Następnego dnia wizyta u lekarza rodzinnego, skierowanie na morfologię krwi. Akurat miałam okres, więc musiałam poczekać kilka dni na badanie. Dobra, stawiam się w laboratorium o 7 rano. Godzina 16 - wizyta z wynikami u lekarza rodzinnego. Lekkie przerażenie na jego twarzy, skierowanie na rtg klatki piersiowej, usg brzucha na cito i skierowanie do poradni hematologicznej na cito.

Wyszłam z gabinetu z chyba 40 stopniową gorączką - tak reaguję na stres. Ledwo dowlokłam się na 2 piętro przychodni, gdzie robili rtg. Dałam Pani w okienku skierowanie, kazała mi czekać, zaraz mnie zawoła. Weszłam na rtg, myślałam, że zemdleje stojąc naga od pasa w górę. Wyszłam, zamówiłam taksówkę. Wpadłam do domu, zaczęłam strasznie ryczeć.

Następnego dnia poszłam odebrać rtg - czysto. Trochę mi się poprawiło. Na usg poszłam prywatnie za dwa dni, bo mimo iz skierowanie było na cito to musiałam czekać 2 tygodnie. Nie wytrzymałabym. Wynik usg - powiększony węzeł krezkowy, powiększona śledziona. Znowu cała zapłakana.

Wizyta u hematologa w kolejnym tygodniu. Pani zbadała mnie palpacyjnie dokładnie, spojrzała na morfologię z lekkim przerażeniem i dostałam skierowanie na wycięcie węzła z dołu nadobojczykowego. Padło podejrzenie, że to najprawdopodobniej chłoniak, biorąc pod uwagę objawy towarzyszące - ból głowy, poty, swędzenie ciała. 2 tygodnie czekania - CZYSTO. Radość jakiej mało. Idę do hematologa, niestety u niego już takiej radości nie ujrzałam. Stwierdził, że czasami niektóre węzły są czyste. Pobranie kolejnego węzła. Już się pogodziłam właściwie z chorobą, miałam całkiem dobry humor i doszłam do wniosku, że co tam, będę walczyć i wygram. Kolejny wynik - CZYSTO!!! Pozostałe węzły w ciągu 2 miesięcy całkowicie zniknęły... Do tej pory niewiadomo co to było, morfologia "wskoczyła" na swoje miejsce. Lekarz rodzinny uznał to za "cud".

W trakcie mojej "choroby" przesiadywałam na tym właśnie forum, nadal często tu zaglądam kibicując Wam wszystkim. Wy wcale mnie nie znacie, ale ja znam Was dosyć dobrze. :) Nie padło podejrzenie o konkretny rodzaj chłoniaka, jednak na to forum gogle skierowało mnie od razu. :)

Do rzeczy - do czasu mojego "chłoniaka" prowadziłam beztroskie, bezsensowne życie. Bezsensowne studia, byleby tylko studiować i nie musieć pracować, co tam, przecież mam dobrze sytuowanych rodziców, mają pieniądze więc po co mi swoje. Związek niezbyt udany z facetem, raczej przez mój charakter, choć i on nie był święty.

Dzięki temu zrozumiałam ile znaczy proste, krótkie słowo "żyć", że trzeba się "śpieszyć" idąc za myślą Twardowskiego. Zaczęłam studiować pielęgniarstwo, chciałam coś osiągnąć, nie na gruncie finansowym, ale chciałam się spełnić, chciałam zrobić coś ważnego w swoim życiu, spowodować, że chociaż jednej osobie na mojej drodze będę mogła pomóc.

Zmieniłam się całkowicie - każdego ranka robiąc makijaż i widząc na mojej szyi dwie blizny (już ledwo widoczne) uśmiecham się do siebie. Uważam, że te blizny są najpiękniejszą częścią mojego ciała, bo będą mi przypominać jak ważne jest życie, coś w rodzaju tatuażu. Związek? Nadal jestem z tym facetem, już narzeczonym. Zarówno jego, jak i mnie to doświadczenie bardzo zmieniło. Ja stałam się spokojniejsza, nie czepiam się o pierdoły i nie zaprzątam sobie nimi głowy, bo po co, przecież to nie ważne, że zapomniał kupić cytryn czy zapomniał pozmywać. On podobnie, również bardzo się zmienił. Jesteśmy zaręczeni. W następnym roku kończę studia, moim marzeniem jest pracować właśnie na oddziale hematologicznym. Jestem zapisana w banku dawców szpiku i komórek macierzystych, jak i regularnie od tamtego czasu oddaję krew.

Dlaczego to napisałam? Nie wiem naprawdę, chciałam się podzielić moją historią. Myślę, że moje zycie potoczyłoby się podobnie nawet, jeśli okazałoby się, że jestem chora. Może Bóg dał mi jeszcze jedną szansę, żebym coś zrobiła ze swoim życiem i zaczęła ŻYĆ, a nie bezsensownie egzystować. Oczywiście proszę nie zrozumieć mnie źle, że uważam iż chłoniak jest "karą" za "złe" życie. Absolutnie. Po prostu podczas "diagnozy" miałam w głowie tyle przemyśleń, że przecież nic nie osiągnęłam, że postanowiłam postawić sobie cele, które sprawią, że poczuje się spełniona.

W każdym razie, czuje się z Wami wszystkimi bardzo związana, bo to szczęśliwe historie na forum i na stronie bardzo dużo mnie nauczyły. Wszystkim z całego serca życzę wszystkiego dobrego i tego, ażeby każdy z Was mógł znaleźć się w galerii ozdrowieńców, już nigdy z niej nie znikając. :)

Pozdrawiam serdecznie,

nieChłoniakowa :)

Witaj.

Podobnie jak Ty, też spędzam tu wiele czasu, czytam o różnych przypadkach tej choroby. Mnie węzły męczą już tak 2 lata, nikt nie widzi powiększenia, bolą - więc zmyślam. :) Ostatnio czuje się gorzej, właśnie siedzę owinięta kocem, dłuższy czas mam już podwyższoną temperaturę, węzły bolą, że się żyć odechciewa. Z tego latania po lekarzach nabawiłam się lęków i depresji. Siedzę, płaczę, odliczam dni do śmierci. Przyzwyczaiłam się do myśli, że mam hiper mega chłoniaka z kosmosu, który daje takie objawy.

Ale, ale..

Gdy wchodzę tu i czytam wiadomości faktycznie chorych to robi mi się lepiej, paradoksalne. Ludzie, którzy faktycznie są chorzy (mimo, że dobrze się ZZ leczy, zawsze zostanie to "coś" w głowie, co nie da zapomnieć o cierpieniu) mają więcej chęci do życia niż ja. Moja psychika doprowadziła mnie do stanu jałowego, chodzę, uczę się, jem, bo muszę. Już nawet chłopak ze mną nie wytrzymuje. :)

Z tego miejsca chciałabym podziękować Wam, za Waszą determinację, za to, że się nie poddajecie i dajecie nadzieje tym, których może spotkać taki sam los jak Was.

Widząc to, co piszecie, dajecie gwarancję i pewność, że z wszystkiego można wyjść z podniesioną głową, nawet jeśli zdobi ją peruka.

P.S. Szczególnie zapadają w pamięć posty o mielonych :)

Rodzynka

06.04.2014 19:17

Odpowiedz
niechłoniakowa, świetny post i temat :)

W moim przypadku jest podobnie - jestem po leczeniu i uważam, że mimo całego nieszczęścia choroby i leczenia, bardzo dużo zmieniło się w moim życiu na plus. Gdyby nie choroba, to strach pomyśleć, jak wyglądałoby moje życie. A tak - wiele rzeczy przewartościowałam, inaczej patrzę na siebie, bliskich itp. Pewnie wiele osób ma podobne doświadczenia. Teraz ważne jest dla mnie, abym już nigdy nie potrzebowała choroby do zrozumienia życia, sensu, celu itp.

nieChłoniakowa

06.04.2014 21:51

Odpowiedz
Nadzieja - a robiłaś USG węzłów? Zrób sobie prywatnie jeżeli nierobiłaś, niewielki koszt, a może się uspokoisz. Pewnie masz nerwicę lękową, na co wskazuje odliczanie dni. Powiem Ci, że ja przed moim "chłoniakiem" miałam natręctwo myśli, co prawda nie dotyczące chorób, ale zawsze. Potrafi wykończyć. I jak się coś wbije do głowy to ciężko to wybić. Zasięgnij może rady psychologa?

Co do mielonych - o tak, zawsze jak mam mielone na obiad to myślę o Ziarniakach :)

Rodzynka - gratuluję wygrania z chorobą! Trzymam kciuki, żeby remisja trwała do końca życia i żebyś umarła z powodu choroby nazywanej starością! :)

zombiradok

07.04.2014 15:48

Odpowiedz

Brawo mielone dla ciebie