A jakie szanse wam dawano??
Przy pierwszym zachorowaniu lekarz mówił, że przy wdrożeniu chemioterapii CHOP szanse na wyleczenie mam 50%; gdy dodadzą do tego Rituximab szanse zwiększają się do 80%. Przy drugim już nie pytałam, bo już nie za bardzo mnie to interesowało - dotarło do mnie, że to są tylko statystyki. Możesz być w beznadziejnej sytuacji a się wyleczysz albo na odwrót - masz dobre rokowania, 99% pacjentów dobrze odpowiada na leczenie, a Ty się akurat znajdziesz w tym 1%, więc myślę, że nie ma się co tym sugerować. To są statystyki dla lekarzy, żeby wiedzieli w jaki sposób modyfikować leczenie, żeby było bardziej skuteczne.
i to prawda ze przy leczeniu sa potem powiklania?
Chemioterapia to niesamowita ingerencja w organizm, więc zawsze są jakieś powikłania - raz mniejsze, raz większe, tylko nie z wszystkich zdajemy sobie sprawę. Po chemioterapii organizm nigdy nie będzie taki jak wcześniej. Owszem, zregeneruje się w znacznym stopniu, ale jakieś "ubytki" zawsze zostaną, dlatego m.in. są ograniczenia co do ilości stosowania danego schematu chemioterapii.
Po schemacie CHOP mam wypadanie płatka zastawki mitralnej (oczywiście z tym da się żyć i u mnie to nic poważnego), zimne kończyny przez zmniejszone krążenie i ogólny spadek kondycji fizycznej - mimo chodzenia na aerobik, basen i ćwiczeń w domu, po 5 latach nie wróciłam do dawnej kondycji.
Po leczeniu 2. rzutu i autoprzeszczepie mam bóle brzucha o charakterze IBD, spadek kondycji fizycznej (pracuję na tym :) ), częste infekcje (u "normalnych" ludzi wróci mniej więcej do normy, ja mam wrodzony niedobór). Pani doktor z przychodni poprzeszczepowej mówiła, że chemia mieloablacyjna (przed przeszczepem np. BEAM) "schodzi" ok. 4 lat. Oczywiście statystycznie:)
Ogólnie, oprócz bóli brzucha, które dają w przysłowiową kość, po leczeniu 2. rzutu czuję się znacznie lepiej niż po 1. leczeniu. Chemia pewnie swoje zrobiła, ale nie trzeba się nad tym zastanawiać, tylko żyć dalej:) Pozdrawiam