baldi
18.10.2010 18:42
ciekawe czy bedzie oszolomstwo, czy merytoryczna dyskusja (watpie..), podejrzewam, ze bedzie jakies pod publiczke zagranie przeciwko lekarzom..
nie wiem czy obejrze, zapraszam do dyskusji PO.
Autor: baldi • 18.10.2010 18:42 • 10 odpowiedzi
baldi
18.10.2010 18:42
volcano
18.10.2010 20:11
Tomasz
18.10.2010 21:04
baldi
18.10.2010 21:23
Aga71
19.10.2010 06:41
O 23:04, dnia 2010-10-18 Tomasz napisał(-a):
Dzięki za informację o programie.
Wcale nie było zagrania pod publiczkę, nikt też nie wyżywał się na lekarzach. To nie jest Fakt, czy program Pospieszalskiego.
Chodziło tylko o to, by pokazać, że można pogodzić leczenie z ciążą.
Lis pokazał, że nie ma pojęcia jak wygląda leczenie. Bo w sumie skąd miał to wiedzieć? Potwierdził tylko tzw. obiegowe opinie. Pokazał też jak wygląda wiedza normalnego człowieka o kuracji. Otóż na podstawie tego, co opowiadał stwierdzam, Lis jest tego doskonałym przykładem, że człowiekowi zdrowemu wydaje się, że najgorszą rzeczą w chemioterapii są ... wypadające włosy. O po prostu. Wystarczy pogodzić się z włosami, albo założyć chustkę, czy czapkę i trochę poczekać aż odrosną, a reszta to jest pytanie na śniadanie, czy jakaś kawa czy herbata, albo rozmowy w toku. Przerażające. 'Ból i różne inne objawy'. O jakim bólu on mówił? Pamiętam leczenie. Nic gorszego mnie w życiu nie spotkało, nie to, że bolało, czy wypadły włosy, czy pojawiały się tzw. objawy 'różne inne', bo to wszystko są jakieś bzdury. Z leczeniem wiążą się rzeczy dużo gorsze. I bardzo konkretne. Wymioty, nudności i stan psychiczny. Umysł i zaburzenia poziomu neuroprzekaźników. Wydaje mi się, że ile o pierwszych dwóch jeszcze wiedza jest jakoś rozpowszechniona, chociaż chyba Lis akurat tego nie wiedział, to o stanie umysłu traktowanego tymi świństwami po prostu się nie wie, nie mówi. Wydaje się, że zły nastrój to przecież z tych wypadających włosów się bierze.
Druga sprawa, którą zauważyłem jest taka: Pani Magda prowadząca fundację, jak to określiła - działała społecznie, by chociaż odrobinę przyczynić się do łamania stereotypów związanych z traktowaniem choroby nowotworowej jako wyroku. Nie wiem dokładnie dlaczego wykorzystuje się takie porównanie z wyrokiem, i czy jest to wyrok ludzi, jakiejś kafkowskiej instytucji, czy też nieodwołalny wyrok Boskiej Opatrzności, kapryśnego i obrzydliwego Boga Starego Testamentu. Samo porównanie wydaje mi się wcale nie mądre. Ale też z drugiej strony przełamywanie stereotypu przez zaszczepianie takiego rozumienia choroby nowotworowej, mianowicie jako poważniejszego przeziębienia, z którego wychodzą wszyscy, jeżeli tylko pozytywnie spojrzą na rzecz swojej choroby, jeżeli tylko zdobędą się na odwagę odkrycia 'pozytywów raka', (zastanówmy się czym takie mają niby być), nie wydaje mi się nie tylko zgodne z prawdą, ale nawet nieuczciwe. Tylko 80 % chorych na ziarnicę uzyskuję remisję. Tylko niespełna 15 % chorych na zaawansowaną postać raka płuc może liczyć na remisję. To nie jest zabobon. To jest prawda. Zabobon sprowadza się do czegoś zupełnie innego: oszukiwania ludzi, że wszystko będzie dobrze. Z tego nie wychodzi nic dobrego. To jest dodatkowe obciążenie psychiczne.
Zgadzam się w pełni z Twoją wypowiedzią i podpisuję prawą i lewą łapką. W chwili obecnej jestem po zakończonym leczeniu. 8 września miałam ostatni wlew. Lekarz powiedział, że mogę mówić, że jestem w remisji całkowitej. Przede mną, w grudniu, PET. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby myśleć o przebytej chorobie, jak o przewlekłej grypie, czy katarze i porównać chemioterapii do leczenia tych przypadłości. Na razie w mózgu mam sieczkę, nie potrafię myśleć o chorobie w czasie przeszłym i nie wiem czy kiedykolwiek to nastąpi. Mam odruch macanta, macam się co chwilę po szyi...ale to nie jest tematem tego wątku:D:D
Podziwiam kobiety, które wystąpiły w programie, podziwiam, za wolę walki o siebie i dziecko i cieszę się, że wygrały/ zwłaszcza z własnym mózgiem. Pamiętam jakie płatał mi figle pomimo tego, ze podobno twarda ze mnie baba.
Kasiar
19.10.2010 13:16
Co prawda nie oglądałam programu i nie wiem kto jakich słów używał, ale madzie prokopowicz znam od prawie roku i chyba dzięki niej jakoś się pozbierałam. Zgadzam się na pewno z tym, że ludzie myślą, że rak to wyrok - przynajmniej w moim otoczeniu. I jestem jak najbardziej za traktowaniem tego jako choroby przewlekłej - może nie jak grypa, sama przeszłam 16 wlewów abvd i było... okropnie, ale jak wiadomo nowotwory są różne, różne jest leczenie - my mamy chłoniaka, w większości da się z niego wyjść i jest taki... hm, albo go masz albo go nie masz, a jak go masz to czujesz sie naprawdę źle - mówię oczywiście na przykładzie swoim i rozmów ze znajomymi z zz. A osoby takie jak Magda czy wieeeele innych walczą z nawrotem, którego może już niekoniecznie jest jak leczyć, ale da się z nim funkcjonować, łagodzić. Już będzie z 5 lat jak Magda się dowiedziała, że ma raka piersi i nie jest niestety tak, że osiągnęła remisje i liczy sobie latka w remisji, tylko non stop walczy z tym, więc dla mnie to jest choroba przewlekła, na pewno o wiele powazniejsza niż grypa i inne zapalenia płuc, na którą można umrzeć, ale też można przezyć z nią długie lata.
Tomasz
19.10.2010 16:33
Słyszałem opowieść Magdy. Ma przerzuty. To nie jest dobra wiadomość. Chciałbym jednak wrócić do słów o chorobie i śmierci, ale może bez drobnej dygresji w tym momencie się nie obejdzie. Pamiętam swoją reakcję na zapewnienie lekarza, że to jest łatwo wyleczalne. Pamiętam zapewnienia, że trochę pochodzę do szpitala i będę zdrowy. Wszystko to, wtedy, wydawało mi się monstrualną pomyłką, jakimś robieniem sobie żartów. Czułem pod skórą oszustwo. Leczenie nie było łatwe. I to nie jest tak, że odliczam sobie latka teraz w remisji i jest mi przyjemnie. Pewnie rzeczy zostają po prostu w świadomości. Czy nie wolałem usłyszeć po prostu rzeczowo o tym, wówczas, że może się to skończyć śmiercią, ale jest na to taka a taka szansa ? Zdecydowanie wolałem. Przez to, że podano mi całą wiadomość przy kawie, którą raczył się lekarz, w formie takiej właśnie ulizanej, lekkostrawnej, z pominięciem tego, co jest prawdziwe, wszystkie konsekwencje, wszystkie możliwe skutki leczenia, to, co jest niepewne i związane jakimiś środkami, które miał być wlewane do mojego mózgu, wreszcie możliwość poniesienia porażki: wszystko to sobie wyolbrzymiłem, choćby z racji tego, że nie mogłem mieć zaufania, co akurat czułem doskonale, do ani jednego zdania wypowiedzianego przez urzędników w białych kitlach. Ja sobie wyobrażam, że opowiadanie o nowotworach, że są teraz wyleczalne po prostu, i uciekanie od prawdy takiej, że nie zawsze, może rodzić wcale niedobre konsekwencje i może pozostawiać człowieka bezbronnego. Bo być może będzie się musiał zmierzyć z prawdą? Wolicie pozostawić go ogłupionego? Chodzi tylko o to by być uczciwym. Rozumiem też, że jeżeli ktoś jest przekonany, że leczenie jest niepotrzebne, to może właśnie opierać swoje przekonanie na takim sądzie, że tak czy inaczej skazany jest na śmierć. Rozumiem, że trzeba go przekonać, że warto się leczyć. Nie rozumiem natomiast tego, dlaczego nie mówić o prawdzie: zobacz, obawiasz się klęski, nie jest to pewne, są takie i takie statystki, tyle przypadków. Jest ryzyko. Tak ono wygląda. Rozmawiamy poważnie. Bierz się za leczenie, bo czas ucieka. Nie rozumiem dlaczego śmierć traktować jako tabu. Nie żyjemy jako bohaterowie w wyreżyserowanej wersji jakiegoś nowoczesnego przestawienia, w którym ktoś, w ostatniej chwili uratuje nas od nieszczęścia. Pewne rzeczy niestety są. Mnie nie powiedziano prawdy, przez co straciłem całkowicie zaufanie. Próbowano przekazać mi informację jak profanowi: oto tajemnice pozostawiamy sobie, a dla ciebie jest głupia nadzieja, że wszystko będzie dobrze. Moim zdaniem, jeżeli uciekać od prawdy, prowadzenie walki ze stereotypem jest skazane na porażkę.
Asowa
20.10.2010 08:11
Piotr
22.10.2010 12:06
Kasiar
22.10.2010 13:56
Piotr
22.10.2010 16:55