Czy wiara i modlitwa pozwala przetrwać trudne leczenie, cierpienie?
ja powiem tak, byłam zła na wszystkich wokół gdy się dowiedziałam o chorobie, przy pierwszym wlewie w szpitalu był tylko płacz po kątach, żeby nikt nie widział. Któregoś dnia zauważył chłopak z sali obok gdy spacerował korytarzem. Wszedł do mnie na sale, przytulił i zaczął opowiadać o swojej 2 letniej córeczce. Zrobił to w tak umiejętny sposób, że po chwili śmiałam się z tego co Jego pociecha wyprawia w domu. Przegadalismy wtedy całą noc, i rozmawialiśmy właśnie o wierze. Wiara kolegi była ogromna, codziennie rano o 6 odmawiał modlitwe o której pierwszy raz od Niego usłyszałam i On mnie jej nauczył. Popołudniami przesiadywał w kaplicy. Modlił sie do św. Perygryna, patrona chorych na raka. Nigdy nie rozstawał się z różańcem, zawsze miał go w kieszeni. Następnego dnia przyniósł mi te "swoje" modlitwy spisane na kartkach. Kolega chodził korytarzem i nigdy do nikogo się nie odzywał. On się wtedy modlił. Spotkaliśmy się jeszcze raz w szpitalu, po jakimś czasie. Był uśmiechnięty, ale z jego zdrowiem nie było rewelacyjnie. Podziwiałam jego wiarę i determinację w modlitwach, ja tak nie umiałam. Owszem również gdy tylko nie byłam uwiązana do stojaka w workami siedziałam w kaplicy. Bardzo mi to pomagało, pomimo tego, że nigdy nie klapałam modlitw. Poprostu siedziałam sobie w ławce i patrzyłam na ołtarz, nawet nie myślałam wtedy o niczym. Zauważył to jeden z kapucynów. Później wyjechał do Medjugorie i przywiózł mi z tamtąd różaniec abym zaczęła się modlić. Zaczęłam. Z czasem kobiety z sali spytały co ja tak "medytuję" na łóżku z rana. Podyktowałam Im modlitwy i One też rozpoczęły błagania do św. Perygryna. Myślę, że rozpowszechniły to dalej. Dziś już się nie modlę. Czemu? Znów nie umiem. Po 5 sekundach zaczynam myśleć o zupełnie innych rzeczach. Lubię siedzieć w miejscach świętych jak nikogo tam nie ma, wtedy nie myślę o niczym tak jak w szpitalnej kaplicy. Może ta cisza to jest taka moja modlitwa....
Ja po chwili gorących błagań do Boga, przeżywam chwile zwątpienia, kiedy wokół siebie widzę radosnych ludzi, a moją rodzinę dotknęła paskudna choroba.
Choroba nie wybiera. Jak dla mnie to ziarnica nie była aż takim problemem, zawsze powtarzałam sobie, że inni nie mają co dać dzieciom jeść albo gdzie mieszkać i dopiero wtedy załamują ręce. Może dlatego tak myślałam, bo to dotyczyło mnie samej, a nie kogoś bliskiego. Ale wydaje mi sie, ze to kwestia charakteru.
Mój Syn leczy się od pół roku, a ja nadal nie mogę pogodzić się z Jego chorobą. Wcale nie jestem dzielna.
Bo to rodzicom i bliskim najgorzej jest pogodzić się z chorobą dziecka. Uwierz w Syna.