Zanim dowiedziałem się, że jestem chory na nowotwór prowadziłem stosunkowo beztroskie życie. Bywałem tu i tam, nie dostrzegałem jednak pewnych charakterystycznych zjawisk, które zaczęły dziać się w moim organizmie. W wakacje zauważyłem "kuleczkę", która pojawiła się w okolicy nadobojczykowej. Zignorowałem ją jednak, gdyż nie przeszkadzała mi w prowadzeniu codziennego życia. Mogłem normalnie funkcjonować, robić dokładnie to, co chciałem i w ogóle na myśl mi nie przyszło, że może dziać się cokolwiek złego ze mną. Nie przejąłem się także tym, że schudłem 10 kg. Wszystko to świadczyło ewidentnie, że coś jest nie tak, nie zwracałem na to uwagi - byłem beztroski i młody. Patrząc teraz na podstawowe objawy ziarnicy złośliwej wiem, że wtedy mogłem u siebie zaobserwować praktycznie wszystkie.
Do lekarza pierwszego kontaktu poszedłem dopiero po ośmiu miesiącach od "wyskoczenia" pierwszego węzła. Głównym powodem było to, że pojawiły się kolejne powiększone węzły, tym razem na szyi, które były już widoczne i na "gołe oko" można było stwierdzić, że rzeczywiście na coś jestem chory. Na początku lekarz pytał się mnie, czy mnie czasem jakieś zwierzę nie ugryzło (pies, kot), jednak na moje szczęście dał mi skierowanie do lekarza specjalisty (chirurg). Po tygodniu i kolejnej wizycie u specjalisty (laryngolog) dostałem skierowanie do szpitala, gdyż wyglądałem coraz gorzej (z jednej strony jak napchany chomik). Po jeszcze jednym tygodniu oczekiwań w końcu zrobiono mi biopsję, której to wynik poznałem po następnych dwóch tygodniach.
Diagnoza po łacinie "lymphogranulomatosis maligna" niewiele mi mówiła. Żal mam do lekarzy, że ukrywali przede mną na co jestem chory. Diagnozę poznałem dość szybko, ale nic mi to nie dało. Zostałem skierowany nie do tego szpitala specjalistycznego, co trzeba. Minął rok od pojawienia się pierwszego węzła. Na zewnątrz wyglądałem coraz gorzej, nie wiedziałem co mam o tym myśleć, kilka razy dziennie łykałem przeciwbólowy Tramal, który przynosił choć chwilową ulgę. Węzły okołoaortalne i pachowe niestety dawały znać o sobie coraz bardziej, a ja czekałem w dwumiesięcznej kolejce do poradni hematologicznej tylko po to, by dowiedzieć się od pani doktor "a kto pana tu skierował??? my tu takich chorób nie leczymy!!!". Po krótkim telefonie do szpitala onkologicznego w ciągu trzech dni zostałem umówiony na wizytę. Z rozmowy telefonicznej nie zrozumiałem za wiele (ze stanem mojej dzisiejszej wiedzy - widziałbym wszystko to, co chciałbym), wiedziałem tylko tyle, że stadium choroby jest dość zaawansowane. Po kilku dniach usłyszałem "a czemu tak późno pan do nas trafił?", no, wybaczcie wszyscy... Jakoś głupio zwalać skutki reformy zdrowia na pacjenta... Dowiedziałem się, że prawdopodobnie moje długie włosy pójdą w niepamięć, że będę miał chemioterapię, że będę zdrowy, że to, że tamto, a tak naprawdę wszystkiego dowiem się na oddziale - po kolejnych badaniach. Dostałem ulotkę o efektach ubocznych chemioterapii, którą w domu studiowałem szczegółowo, by wiedzieć czego mam się spodziewać. Włosy miałem prawie do pasa, obciąłem je do ramion i psychicznie przygotowałem się do tego, że będę wyglądać jak skinhead...
Pytacie się mnie, jak ja się wtedy czułem psychicznie. Nie potrafię tego tak do końca stwierdzić. Nie załamałem się, to wiem na pewno. Nie miałem powodów do śmiechu, ale jakoś nie przejmowałem się tym zbytnio. Widziałem w telewizji łyse osoby chore na białaczkę, więc mnie to nie przerażało. Wiem, że miałem żal do świata - dlaczego właśnie ja? co ze mną będzie? czy kiedykolwiek wyzdrowieję? czy będę żyć? Miałem 20 lat, dopiero zaczynałem życie, a świat - zdawałoby się - zaczął mi się walić...