Piotr
25.04.2006 00:57
Przez pięć miesięcy 17-letnia Marlena przekonywała lekarzy w przychodni, że ma na szyi guza. Zbywali ją. Teraz dziewczyna walczy o życie we wrocławskiej Klinice Hematologii i Onkologii Dziecięcej
Marlena mieszka w Chełmsku pod Kamienną Górą. Uczy się w liceum w Jeleniej Górze. W październiku zauważyła, że powiększyły się jej węzły chłonne. Pojawiła się gorączka i napady duszności. Poszła do swojego ośrodka zdrowia. Pokazała lekarce miejsce na szyi, w którym wyczuwała guza, opowiedziała o pozostałych objawach. Ale lekarka Natalia T. guza nie znalazła. Stwierdziła, że ból powoduje zapalenie mięśni szyi, wywołane przez nieodpowiednią pozycję przy nauce, niewłaściwy tapczan lub dźwiganie torby. Podwyższoną temperaturę tłumaczyła menstruacją, przeziębieniami lub zmianą trybu życia. Przepisała zastrzyki rozkurczowe.
Od października do lutego Marlena pięć razy przychodziła do gabinetu Natalii T., ale lekarka nie zleciła wykonania nawet podstawowych badań krwi.
Nastolatka czuła się jednak coraz gorzej. - Pod palcami czułam pod skórą kilka, czasami kilkanaście baniek średnicy trzech centymetrów - wspomina. W nocy męczyły ją duszności, pojawił się katar i kaszel, gorączka nie ustępowała, więc dziewczyna zarejestrowała się do przychodni przy ul. Ogińskiego w Jeleniej Górze. Lekarki z poradni pediatrycznej guzy wyczuwały, ale kładły je na karb przeziębień lub zapalenia oskrzeli. I zapisywały antybiotyki.
1 marca stan Marleny gwałtownie się pogorszył. Dziewczyna z 40-stopniową gorączką dotarła z Jeleniej Góry do domu i razem z matką znów znalazła się w gabinecie Natalii T. - Pani doktor powiedziała, że córka osłuchowo jest czysta i wypisała receptę na kolejny antybiotyk. Widziałam, że z Marleną jest źle, więc poprosiłam o skierowanie na prześwietlenie płuc i morfologię krwi - mówi Dorota Żurawska.
Godzinę później dziewczyna zaczęła się dusić. Ledwo żywa trafiła na oddział pediatryczny szpitala w Kamiennej Górze. Badanie krwi i zdjęcie rentgenowskie płuc nie pozostawiły wątpliwości: ziarnica złośliwa - nowotwór węzłów chłonnych.
Marlenę przewieziono do wrocławskiej Kliniki Hematologii i Onkologii Dziecięcej. - Pacjentka trafiła do nas w najwyższym stadium zaawansowania nowotworu, gdy zaatakował już płuca i szpik - mówi prof. Alicja Chybicka, szefowa kliniki. - Przez ostatnich pięć miesięcy rak rósł i rozwijał się w najlepsze, bo lekarze, którzy wcześniej zajmowali się Marleną, przeoczyli jego symptomy.
Natalia T. nie ma specjalizacji. Oprócz ośrodka w Chełmsku pracuje też na oddziale wewnętrznym szpitala w Kamiennej Górze. O Marlenie nie chce rozmawiać. - Ona nie była moją pacjentką - powiedziała, zanim odłożyła słuchawkę.
- Zapytała mnie kiedyś, czy mam do niej żal - opowiada mama Marleny. - Pewnie, że tak. Syna nie posłałam do niej nawet na szczepienie.
Prof. Chybicka: - Mamy w klinice wielu źle diagnozowanych chorych. Dzwonię wtedy do lekarza, który wcześniej leczył mojego pacjenta. Przyznaję, taka rozmowa nie jest przyjemna. Ale najważniejsza jest edukacja lekarzy rodzinnych. Od dawna zabiegam, by w programie studiów medycznych onkologia dziecięca była osobnym przedmiotem, a nie, jak obecnie, częścią pediatrii. Bez skutku.
Co będzie z Marleną?
Prof. Chybicka zapowiada: - Zrobimy wszystko, by ją wyleczyć.
Marlena Żurawska właśnie dziś zaczyna trzeci z ośmiu etapów chemioterapii. - Mam wiele do zrobienia, muszę skończyć liceum i studia. Wytrzymam.