Ziarnica.pl
← Wróć do działu Ogólne
Ogólne

Związek ziarnicy z przewlekłym stresem

Autor: Lena • 13.02.2013 09:07 • 27 odpowiedzi

Tomek

17.02.2013 12:59

Odpowiedz

O 13:26, dnia 2013-02-16 Lena napisał(-a):

Mogło być dziesięć milionów innych powodów.

Tomku, ale to jednak dość duży zbieg okoliczności...akurat po 20 latach chora żona i nawrót.

Nie będę próbował bronić swojego sceptycznego stanowiska, ponieważ ta teza wydaje mi się nieco na wyrost wysunięta: ekstremalny stres sprzyja nawrotom. Trzeba mieć na potwierdzenie takiej tezy za sobą jakieś badania przeprowadzone zgodnie z metodą na grupie chorych, żeby wysunąć taki wniosek. Odniesienie do publikacji jest konieczne. A tak to możemy sobie gdybać. Piszę jednak dla tych, którzy zaczną się pocić, ponieważ kiedyś chorowali, a ostatnio przeżywają jakieś stresujące wydarzenia. Nie szukajcie takiego bezpośredniego związku. Takiego związku raczej nie ma.

Syringa

17.02.2013 19:39

Odpowiedz

O 19:16, dnia 2013-02-13 INES napisał(-a):

Syringa - jestem daleko od tego, aby w prostej lini wiązać zachorowanie na nowotwór tylko ze stresem. To zapewne wypadkowa wielu czynników.

Zgadzam się z Tobą i resztą osób, że przewlekły stres może uwidocznić chorobę, może nasilić objawy, może przyśpieszyć jej rozwój.

Za bzdurę uważam twierdzenie stres=choroba, a w szczególności stres=chłoniak, a można takie kwiatki znaleźć w poradnikach o których wspomniała autorka tematu. Gdyby to był związek przyczynowo-skutkowy, to mielibyśmy do czynienia z chłoniakami tak często jak z grypą. A odnosząc to do mojego przypadku: nie chorowałabym w 2010r, tylko kilkanaście lat wcześniej gdy miałam długotrwałą i ciężką sytuację szarpiącą nerwy. O dziwo, wtedy pod względem fizycznym nic mi nie dolegało.

Wydaje mi się, że z powodu wszechobecnego dzisiaj stresu, traktujemy go automatycznie jako powód naszej choroby. A to już jest przesada. Osoby, które nie mają powodów do zdenerwowania też zapadają na nowotwory, a równocześnie osoby zestresowane pozostają zdrowe.

Syringa

17.02.2013 20:35

Odpowiedz

Na tzw. jakość naszego życia składa się wiele rzeczy. Ja uważam, że równowaga psychiczna jednym z ważniejszych elementów stanowiących o naszym zdrowiu.

Powiedzmy, że prawie się zgadzam :)

Przytoczę jedną anegdotę. W szpitalu na sali leżałam z jedną panią w średnim wielu. Pani profesor genetyk, mądra i ciekawa kobieta. Zachorowała na jakąś chorobę krwi, dokładnie nie pamiętam, ale nie była to białaczka. Pierwszego dnia ucięłyśmy sobie pogawędkę. Z politowaniem patrzyła na mnie, jak wmawiałam jej, jak ważne jest nastawienie pozytywne i energia do leczenia. Codziennie była smutna, wściekła na chorobę i dość niemiła dla personelu medycznego. Obserwowałam jak stacza się w tą depresyjną dziurę. Po tygodniu wyszłam i jak wróciłam za 3 tyg. dowiedziałam się że właśnie zmarła.

Ta historia to żaden wyznacznik oczywiście. Ale w tym przypadku jest coś na rzeczy. Czuję to instynktownie.

Przytoczę inną anegdotę: Podczas choroby zwanej potocznie ziarnicą, pewna osoba nie była optymistycznie nastawiona. Właściwie było jej wszystko jedno umrze, czy wyzdrowieje. Obojętnie w którą stronę. Byleby już nic nie bolało (taki dodatkowy bonus miała, że powiększający się węzeł coś tam uciskał i powodował nieprzerwany, niedający się zniwelować lekami ból. A jak chemia zaczęła się rozprawiać z węzłem, to dopadły ją nasilone skutki uboczne leczenia). Była chodzącym zombi, a energii starczało jej co najwyżej, by dowlec się do łazienki (no dobra kilka razy nocowała w tej łazience). Słowem żałosny obraz, niedający szans na przeżycie.

A teraz dojdę do finału. Zaskakującego jeśli przyjmiemy, że wiara i pozytywne nastawienie czynią cuda. Proszę Państwa - przeżyłam - (tak to byłam ja) i cieszę się remisją.

Coś czuję instynktownie, że silna motywacja psychiczna nie jest decydująca w leczeniu ;)

A teraz na poważnie. Chciałabym, żeby osoby z dużą pogodą ducha, wiarą i optymizmem zawsze wygrywały z chorobą. Niestety tak nie jest, a można to zobaczyć na blogach osób z chorobami nowotworowymi. Mają dla kogo żyć, są zdeterminowane by wyzdrowieć, a jednak też umierają. Czasem nawet głupio się człowiekowi zrobi, że samemu nie miało się takiej determinacji i przeżyło, a ktoś inny, mający o wiele więcej powodów by żyć nie dał rady.

Za to mam nadzieję, że pocieszy to osoby niezbyt silne, czy czarno widzące swoją sytuację. Wy też możecie wyzdrowieć.

Janek

19.02.2013 09:14

Odpowiedz

O 10:29, dnia 2013-02-17 mikee80 napisał(-a):

O 13:26, dnia 2013-02-16 Lena napisał(-a):

Mogło być dziesięć milionów innych powodów.

Tomku, ale to jednak dość duży zbieg okoliczności...akurat po 20 latach chora żona i nawrót.

Dobrzeby bylo jakby pan Janek skoro mial takie dlugie okresy bed remisji napisal pare slow jak zyc zeby tyle pozyc w remisji. Moze jakies szczegolne Infotmacjena temat psychiki I zywienia. Ja tam nie wiem co mi jest ale man powiekszone bolace czesto wezly of ponad 2 lat I jestem pewny ze zaczelo sie to po dlugim okresie duzego stresu jakiego wczesniej nie mialem

Nie ma chyba recepty jak żyć, ja z początku tylko podciągałem się ziołami był wspaniały zielarz w Nowej Hucie ale trwało to krótko, żyłem jak przed chorobą, wypijałem, paliłem, żadnych diet i co ważne bardzo ciężko pracowałem 12-16 godz. dziennie przez parę ładnych lat i jakoś zleciało, przy wznowie była chwila załamki ale tak dziękowałem Bogu że,pozwolił mi wychować dzieci zapewnić dobre warunki, czasami było ciężko ale teraz jest jak na razie ok. biore w ciemno te 20-ścia parę lat bez wznowy i nie ma co rozmyślać będzie dobrze, zawsze powtarzam z nas ziarniaków to silny ludek, pozdrawiam

Piotr

23.04.2013 20:43

Odpowiedz
Zgadzam się z Syringą.
Chciałem dodać jeszcze jedną rzecz.
Ludzie, nie dajcie sobie wmówić, że znane są przyczyny Waszej choroby. Nie są znane (jak ktoś je pozna, to zaraz dostanie Nobla). Na tym forum jest wielu takich, którzy się nie stresowali, a zachorowali.
Ludzie zdrowi lubią myśleć o chorych jako o tych, którzy się jakoś przyczynili do choroby. Nie jest to czyjaś wina, tak jak nie jest winą kogokolwiek, że zachorował na Parkinsona. Nie dajmy się temu myśleniu, ponieważ nie ma takiej wspólnej rzeczy, którą wszyscy na tym forum robili przed diagnozą. Niestety, przyczyny leżą poza nami, na poziomie komórek i procesów, którymi nie można sterować.
Podobnie jest z leczeniem. Nie wiem dlaczego o ludziach, którzy przeżyli nowotwór, mówi się, że wygrali, że widocznie byli silni. Jak ktoś żyje mimo zdiagnozowanej cukrzycy, to jakoś nikt nie mówi, że wygrał. To sugeruje, że ci, którzy odeszli, byli za słabi psychicznie i są przegranymi. A wśród zmarłych i żywych z ziarnicą jest tyle samo twardzieli i słabeuszy.
Dodam, że jestem trzeci rok w remisji. Od początku sceptycznie podchodziłem do swojego wpływu na leczenie, ponieważ nie jestem w stanie przekonać moich komórek, żeby przestały chorować, to jak nie miałem wpływu na to, że zachorowały. Uważałem, że wyleczenie/brak nawrotu to los na loterii (w przypadku ziarnicy na szczęście jest duża pula nagród do rozdania). I nadal to podtrzymuję.

INES

24.04.2013 12:14

Odpowiedz
Rzeczywiście podejście wygranych u tych co wychodzą z raka - a klasyfikacja do przegranych którym się nie udaje, również mnie wkurza.

Wzmaganie się z chorobą i styl w jakim radzimy sobie z tym dramatem życiowym, pokazuje jakimi ludźmi jesteśmy. Czasami kończy się to śmiercią i sprzeciwiam się stanowczo w wrzucaniem nas w pudełko przegranych.

Uściski dla wszystkich na polu walki :)

Truskawa

13.09.2014 02:19

Odpowiedz

O 10:37, dnia 2013-02-15 Lena napisał(-a):

Czytając różne opracowania na temat przyczyn nowotworów i związków ze stresem (Simontona Triumf życia, Antyrak. Nowy styl życia itp) też się zastanawiałam czy to nie jest tak, że gdybyśmy zapytali 50 osób z rakiem czy przeżywały stres przed chorobą powiedziałby, że tak, ale gdyby zapytać 50 osób zdrowych czy w ostatnich 2 latach miały wyjątkowe stresy to odpowiedź też brzmiałaby tak. Stresujemy się przecież wszyscy, mamy problemy w pracy, brakuje pieniędzy, rozwodzimy się, umierają nasi bliscy, starzejemy się, martwimy o dzieci....Nie wiem czy choć jedna z moich znajomych osób odpowiedziałaby, że nie pamięta, aby w ostatnim czasie dręczył ją stres. Może faktycznie demonizujemy rolę stresu. Na raka chorują przecież też celebryci, piękni, młodzi, sławni, bogaci, którzy nie mają stresów przeciętnego człowieka.

Ale stres stresowi nierówny. Wydaje mi się, że nie chodzi o zwykłe stresy codzienności, a jakieś traumy, przeżycia. Słyszałam coś o tym, że skoki kortyzolumogą być szkodliwe. Ale jak to zmierzyć, co dana osoba rozumie przez stres...