Hej!
Zakładam ten wątek w sumie po to żeby ktoś podniósł mnie na duchu.Męczę się z zz od stycznia ,własnie jutro mam przed ostatnią chemię, a potem nie wiem co będzie, pewnie naświetlania.Jednak im bliżej końca tym bardziej siada mi psycha, zaczynam się dołować że kiedyś to do mnie wróci, że już nigdy się nie uwolnię od zz.Wiem że takie nastawienie przyciąga złe rzeczy ale jakoś tak mi ciężko ostatnio.W sumie na dobrą sprawę nie dzieje się nic co mogłoby powodować takie moje nastawienie bo ani stopnia nie mam złego do leczenia(IIB), typ dość fajny(LP) i już w połowie leczenia znaczna regresja a mimo to jakoś nie umiem się tym cieszyć i ostatnio coraz częściej zamulam że nie dam sobie rady i już zawsze będe chora.......Pomóżcie jakoś :(
Spróbuję :)
Może zacznę innaczej, nie od ZZ.
Wyobraź sobie że jesteś kierowcą (nie wiem czy masz prawo jazdy). Jeździsz sobie samochodem, dajmy na to kilka lat. Załapałaś stłuczkę, poważną, ale nie z Twojej winy.
Czy to powód żeby więcej nie siadać za kierownicą???
Z ZZ jest tak samo. Ja wiem że walka jest ciężka, odbiera ochotę do życia. Jesteś w tym najgorszym momencie, gdy organizm zaczyna mieć już dosyć, jesteś zmęczona walką z objawami po chemii.
Ale popatrz z innej strony. Walczysz i wygrywasz. Masz rewelacyjne rokowania. Przy typie LP masz naprawdę niewielkie szanse na nawrót. Nie są one zerowe, ale równie prawdopodobny staje się wypadek samochodowy. Czyli co?? Siedzisz w domu do końca życia??
NIE MA SENSU
Będziesz żyć, wygrasz, po leczeniu wróci motywacja.
I być może zdobędziesz siłę aby motywować innych.
Czego szczególnie Ci życzę.
PS Ja też się załamałem, w ostatnim tygodniu RTH. Usiłowałem zdezerterować :) Ale moja małżonka, 121277, się tak zaczęła drzeć, że już wolałem te naświetlania :)