Zachorowałam 2 lata temu. Przed diagnozą runęło moje małżeństwo.
Po pierwszej nieudanej próbie wyleczenia, okazało się że moja wspólniczka mnie okrada.
Później walka o zachowanie jak największej ilości majątku firmowego.
Ukradła mi wszystko. Zostałam bez grosza, a kredyt trzeba płacić.
Nadal chora, bez możliwości podjęcia pracy, spróbowałam po raz kolejny zbudować firmę.
Innych opcji nie widziałam.
Godziłam kolejne chemie z pędem zawodowym,
bo pętla bankowa na szyi ciasno zawsze jest uwiązana.
Kolejne wyniki nie pokazywały poprawy.
W święta czas przyszedł na przeszczep.
Jakoś przeżyłam ;) Znów żyję w pędzie, bo nie mam wyjścia.
I pisząc to, wiem jak wielki błąd popełniam.
Nie umiem sobie poradzić z przymusem zarobkowania kontra równowagą umysłu.
Największą ulgę znajduje w spotkaniach z przyjaciółmi i rodziną.
W leniwych weekendach pod kocem i dobrym filmem.
I marzę o tym aby mieć czas i silę na jogę :)
INES to rzeczywiście wywróciło Ci się życie do góry nogami! Bardzo dobrze, że się nie poddałaś, pokaż "przyjaciółce" że stać Cię na wiele więcej niż myślała! Ja chyba miałam szczęście, co prawda ślub musieliśmy przełożyć o rok, ale ciągle byliśmy razem, mąż mnie wspierał i był ze mną w tych najcięższych chwilach (wiecie o czym mowa)...
Dzięki Twojemu wpisowi zrozumiałam, że mój stres przy tym co Ty przeszłaś to raczej mała sprawa, więc kiedy będę musiała to będę odpuszczała, i raczej nie będę przynosić pracy do domu, wieczory poświęcam na odpoczynek z mężem :) a zrezygnować z pracy nie chcę: po pierwsze naprawdę lubię to co robię, po drugie z tej rentki którą mam ciężko będzie ratę płacić ;P więc normalna pensja się przyda.
Dziękuję dziewczyny za odzew ;)
Trzymajcie się i nie dajmy się ani ZZ, ani stresowi, ani koleżankom!