Ustalono, że nie było wczesnej wznowy, ani niedoleczenia, tylko pomyłka. POtwierdzono natomiast, że za pierwszym razem, gdy pojawiły się węzły, była to ziarnica. Za drugim razem miałem dwa, bardzo duże węzły, widoczne na szyi, które pojawiły się z dnia na dzień i które zostały wycięte do badania. PET nic nie pokazał i lekarze, nie wiedząc jaką diagnozę mi postawić w obliczu sprzecznych danych, zalecili, nie wiadomo dlaczego, radioterapię, chyba na zasadzie "jak nie wiemy co się dzieje, to lepiej profilaktycznie naświetlić, bo nie zaszkodzi". Jak dowiedziałem się o skutkach ubocznych naświetlania szyi i ślinianek, to zbuntowałem się i domagałem ponownego przebadania węzła. Pani doktor straszyła mnie śmiercią itd. itp.
Jestem już dwa lata w remisji, pod kontrolą CO. Tomograf nic nie pokazuje, jestem czysty.
Wydaje mi się, że histopatolog strzelił byka, bo w ogóle jest to trudna dziedzina i pomyłki zdarzają się często. Jest też słabo płatna, za to z dużą odpowiedzialnością, dlatego w zawodzie jest negatywna selekcja. Podobno w niektórych krajach, z uwagi na duże prawodopodobieństwo błędu, każdą próbkę bada się w dwóch niezależnych ośrodkach.
W Polsce część ludzi jest diagnozowana z nowotworem, którego nie było, co czasem prowadzi do wycięcia zdrowych organów. I odwrotnie, część ludzi cieszy się, ze jest zdrowa, a to histopatolog się pomylił.
Piotr, a co w końcu ustalono?
Atypowy odczyn czy jakieś inne podszywające się pod zz schorzenie? Czytałam, że komórki RS mogą pojawić się także w innych chorobach, np. mononukleozie. I jak duży był ten węzeł na szyi?
Ciekawi mnie jakim cudem histopatolog z Gdańska mógł strzelić takiego byka.