juli
14.10.2010 13:40
Witam. Chciałabym dowiedziec sie czegos o naświetlaniach ile to trwa co ile i jakie sa skutki ..... Proszę o każda wiadomość na ten temat
Autor: juli • 14.10.2010 13:40 • 4 odpowiedzi
juli
14.10.2010 13:40
Witam. Chciałabym dowiedziec sie czegos o naświetlaniach ile to trwa co ile i jakie sa skutki ..... Proszę o każda wiadomość na ten temat
oko
14.10.2010 16:37
Tomasz
14.10.2010 19:19
O 15:40, dnia 2010-10-14 juli napisał(-a):
Witam. Chciałabym dowiedziec sie czegos o naświetlaniach ile to trwa co ile i jakie sa skutki ..... Proszę o każda wiadomość na ten temat
Postaram się przekazać to, co zapamiętałem. Ponieważ było to z 8 lat temu, to być może wkradnie się jakiś błąd, we wspomnienia, które mogły się zniekształcić. Wydaje mi się, że miałem około 30 naświetlań, chociaż co do liczby mogę się mylić. Nie jest to takie istotne. Pierwsze co będziesz musiała zrobić, to odwiedzić radiologa, gdzie zostanie ci wetknięty pod nos specjalny formularz informujący o możliwych powikłaniach związanych z leczeniem. Pamiętam, że zrobił na mnie jak najgorsze wrażenie. Czytamy tam o możliwości uszkodzenia rdzenia kręgowego, serca, komplikacjach dotyczących płuc, różnych innych elementach, które choć bardzo rzadkie, to jednak pojawiają się. Wahałem się dłuższą chwilę czy podpisać ten papier, chociaż już przez samą chorobę czułem się fatalnie, to podpisywanie czegoś podobnego, było jak gdyby jakimś dodatkowym żartem. Poczułem się wprost jakby szpital pozbywał się ewentualnych kłopotów. Taki cyrograf. Nowoczesny i fachowy. Po załatwieniu formalności (wahałem się, ale przyparty do muru mogłem jedynie pisnąć pod noskiem, albo skrzywić usta), wysłali mnie na wyrabianie plastikowej maski. Naświetlania przy ziarnicy mogą dotyczyć różnych obszarów, w zależności od rozwoju choroby, i jej umiejscowienia, ale u mnie akurat naświetlana była klatka piersiowa, i myślę, że bardzo często naświetlana jest ta właśnie część. Ponieważ promienie trafiają w określone części ciała, i cały zabieg narażony jest na pewne ryzyko związane z polem działania, a w zasadzie jego możliwym przesunięciem, przez co naraża się dodatkowo chorego na wszelkie komplikacje, unieruchamia się ciało za pomocą tej plastikowej maski, o której wspomniałem. Wyrabianie maski związane jest z nakładaniem gorącego tworzywa na ciało. Osoba formująca zajmuje się dopasowaniem elementów do klatki piersiowej, jeżeli akurat taka część jest naświetlana. Po uformowaniu maska jest zdejmowana i wędruje do fachowców od malowania. Tego nie jestem pewien, ponieważ nie widziałem ww. speców, ale ponieważ maska schodziła ze mnie czysta, a po tygodniu widziałem ją pomalowaną, zakładam że malował ją jakiś specjalista, który wyznaczył jakieś współrzędne, linie, figury, krzyżyki, całą tą symbolikę znaną później technikom od aparatu do naświetlania, dzięki której może nałożyć odpowiednie pole.
Zabiegi odbywały się, jak pamiętam, codziennie. Kładli mnie, pacjenta na kozetce, nad którą krążyła głowica jądrowa. Jeszcze chwilka, kilka przygotowań technika, jakaś krzątanina zawsze towarzyszyła odpalaniu wiązek, a także mocowanie maski i byłem, jako pacjent gotowy do kolejnej dawki. Technik wychodził, aparat odpalał wiązki promieni, które wychodziły z drugiej strony chyba na Wybrzeżu Kości Słoniowej, czy gdzieś na Pacyfiku, i po 2 sekundach byłem 'gotowy'. Dziwne uczucie towarzyszy temu zabiegowi. Nic nie boli, ale powietrze w płucach zmienia się. Może to organizm sam wprowadza się w taki dziwny stan, w którym wydaje się, że powietrze zmienia smak, zaczyna nieco śmierdzieć czymś technicznym, może to moja wyobraźnia, ponieważ jednak nigdy wcześniej i później czegoś podobnego nie doświadczyłem, jestem niemal przekonany, że to był efekt działania wiązek. I tyle. Pierwsze kilka naświetlań nie jest związane z jakimiś ubocznymi efektami. Jednak podczas całego miesiąca, nie wolno się myć. Można jedynie przemywać skórę czymś tłustym, oliwką dla dzieci, z tego co pamiętam, ale myć - wodą - nie tego nie można robić. Podobno mogą wypaść dziury, czy nawet sam nie wiem co. Bałem się tego i stosowałem do zaleceń. Innymi słowy, trzeba się liczyć z tym, że przynajmniej przez miesiąc nie można się będzie wymyć. A w rzeczywistości także przez okres kolejnych kilku tygodni, kiedy będziesz się leczyła z poparzeń. Proponuję od razy zapytać lekarza o stosowanie środków na oparzenia po naświetlaniach jeszcze przed pierwszymi zabiegami, i o to, by przepisał odpowiednie, żeby je mieć w pogotowiu. Ponieważ mnie nikt czegoś podobnego nie zalecał, biegałem z oparzeniami, które pojawiły się pod koniec zabiegów, które były dosyć nieprzyjemne, aż do momentu, w którym postanowiłem odwiedzić oddział i zapytać o ewentualne środki. Bardzo się zdziwiły panie, że postanowiłem, czy miałem czelność pytać o podobne rzeczy, i nawet zarzuciły najście nieuprawnione na oddział dla chorych, jednak po wymianie kilku nerwowych zdań postanowiły skierować do bardzo zajętego pana doktora, który zechciał przepisać maść. Te oparzenia jednak nie są jakieś tragiczne. Skóra wygląda jak po porządnej dawce słońca. Ponieważ dochodzi do tego brud, bo przecież przez cały czas trwania zabiegów, w trosce o skórę, nie można się myć, to całość sprawia wrażenie czegoś bardzo niemiłego. Napromieniane części ciała robią się bardzo czerwone, jak przy mocnym oparzeniu słonecznym. Całość nie boli jak bardzo, jednak przeszkadza. Przy naświetlaniu brzucha często pojawiają się nudności i wymioty jak przy chemioterapiach. Jednak przy mojej klatce piersiowej, pomimo tego, że z czasem odczuwałem dyskomfort i nudności, nigdy nie wymiotowałem i całość zniosłem nieporównywalnie lepiej niż jakąkolwiek część chemioterapii.
Wszystko odbywało się, jak to się mówi, ambulatoryjnie. Bez leżenia na oddziale, w szpitalnym łóżku. Za każdym razem kilku pacjentów przede mną czekało na swoją dawkę, mój zabieg trwał w sumie, z przygotowaniami 5 minut, i mogłem po wszystkim wracać do domu.
Tomasz
14.10.2010 19:53
Z oparzeń wyleczyłem się w kilka tygodni, może w dużej mierze dzięki maściom, kto wie ?; skóra straciła czerwoną barwę, tj. pozbyłem się rumienia i wszystko zakończyło się dla mnie pomyślnie. Zdaje się, że naświetlania pomogły mi w pozbyciu się komórek nowotworowych. Póki co, jedyną konsekwencją leczenia jest uszkodzona tarczyca. Po kilku latach, zdarzyło się tak, że poczułem się nieco gorzej. Trwało to zdaje się zbyt długo i było bardzo uciążliwe, więc odwiedziłem lekarza rodzinnego. Dotknęło mnie jakieś osłabienie, senność, coś dziwnego. Nie wiem jakim cudem wpadł on, tzn. lekarz rodzinny (a w rzeczywistości lekarka rodzinna!) na trop tego, że po naświetlaniu komórki tarczycy mogą stracić zdolność do regeneracji, że może uszkodzić się sama tarczyca, ale jestem pani doktor za to bardzo wdzięczny. Zrobiłem wtedy badanie poziomu TSH we krwi. Pamiętam, że nie wiedziałem nawet wówczas, że istnieje coś takiego jak tarczyca, po cholerę była mi taka wiedza wtedy potrzebna, skoro wszystko działało zgodnie z projektem; ale proszę jednak defekt szybko potrafi człowieka uświadomić. Wiem również, że problemy z niedoczynnością tarczycy po naświetlaniu dotykają 30 % chorych leczonych polem napromieniowania. Trzeba by się badać od czasu do czasu. W sumie polecam leczonym radioterapią. Badanie poziomu TSH we krwi może zlecić lekarz rodzinny zdaje się, powinno być wszystko dostępne.
juli
14.10.2010 19:58
O 21:19, dnia 2010-10-14 Tomasz napisał(-a):
O 15:40, dnia 2010-10-14 juli napisał(-a):
Witam. Chciałabym dowiedziec sie czegos o naświetlaniach ile to trwa co ile i jakie sa skutki ..... Proszę o każda wiadomość na ten temat
Postaram się przekazać to, co zapamiętałem. Ponieważ było to z 8 lat temu, to być może wkradnie się jakiś błąd, we wspomnienia, które mogły się zniekształcić. Wydaje mi się, że miałem około 30 naświetlań, chociaż co do liczby mogę się mylić. Nie jest to takie istotne. Pierwsze co będziesz musiała zrobić, to odwiedzić radiologa, gdzie zostanie ci wetknięty pod nos specjalny formularz informujący o możliwych powikłaniach związanych z leczeniem. Pamiętam, że zrobił na mnie jak najgorsze wrażenie. Czytamy tam o możliwości uszkodzenia rdzenia kręgowego, serca, komplikacjach dotyczących płuc, różnych innych elementach, które choć bardzo rzadkie, to jednak pojawiają się. Wahałem się dłuższą chwilę czy podpisać ten papier, chociaż już przez samą chorobę czułem się fatalnie, to podpisywanie czegoś podobnego, było jak gdyby jakimś dodatkowym żartem. Poczułem się wprost jakby szpital pozbywał się ewentualnych kłopotów. Taki cyrograf. Nowoczesny i fachowy. Po załatwieniu formalności (wahałem się, ale przyparty do muru mogłem jedynie pisnąć pod noskiem, albo skrzywić usta), wysłali mnie na wyrabianie plastikowej maski. Naświetlania przy ziarnicy mogą dotyczyć różnych obszarów, w zależności od rozwoju choroby, i jej umiejscowienia, ale u mnie akurat naświetlana była klatka piersiowa, i myślę, że bardzo często naświetlana jest ta właśnie część. Ponieważ promienie trafiają w określone części ciała, i cały zabieg narażony jest na pewne ryzyko związane z polem działania, a w zasadzie jego możliwym przesunięciem, przez co naraża się dodatkowo chorego na wszelkie komplikacje, unieruchamia się ciało za pomocą tej plastikowej maski, o której wspomniałem. Wyrabianie maski związane jest z nakładaniem gorącego tworzywa na ciało. Osoba formująca zajmuje się dopasowaniem elementów do klatki piersiowej, jeżeli akurat taka część jest naświetlana. Po uformowaniu maska jest zdejmowana i wędruje do fachowców od malowania. Tego nie jestem pewien, ponieważ nie widziałem ww. speców, ale ponieważ maska schodziła ze mnie czysta, a po tygodniu widziałem ją pomalowaną, zakładam że malował ją jakiś specjalista, który wyznaczył jakieś współrzędne, linie, figury, krzyżyki, całą tą symbolikę znaną później technikom od aparatu do naświetlania, dzięki której może nałożyć odpowiednie pole.
Zabiegi odbywały się, jak pamiętam, codziennie. Kładli mnie, pacjenta na kozetce, nad którą krążyła głowica jądrowa. Jeszcze chwilka, kilka przygotowań technika, jakaś krzątanina zawsze towarzyszyła odpalaniu wiązek, a także mocowanie maski i byłem, jako pacjent gotowy do kolejnej dawki. Technik wychodził, aparat odpalał wiązki promieni, które wychodziły z drugiej strony chyba na Wybrzeżu Kości Słoniowej, czy gdzieś na Pacyfiku, i po 2 sekundach byłem 'gotowy'. Dziwne uczucie towarzyszy temu zabiegowi. Nic nie boli, ale powietrze w płucach zmienia się. Może to organizm sam wprowadza się w taki dziwny stan, w którym wydaje się, że powietrze zmienia smak, zaczyna nieco śmierdzieć czymś technicznym, może to moja wyobraźnia, ponieważ jednak nigdy wcześniej i później czegoś podobnego nie doświadczyłem, jestem niemal przekonany, że to był efekt działania wiązek. I tyle. Pierwsze kilka naświetlań nie jest związane z jakimiś ubocznymi efektami. Jednak podczas całego miesiąca, nie wolno się myć. Można jedynie przemywać skórę czymś tłustym, oliwką dla dzieci, z tego co pamiętam, ale myć - wodą - nie tego nie można robić. Podobno mogą wypaść dziury, czy nawet sam nie wiem co. Bałem się tego i stosowałem do zaleceń. Innymi słowy, trzeba się liczyć z tym, że przynajmniej przez miesiąc nie można się będzie wymyć. A w rzeczywistości także przez okres kolejnych kilku tygodni, kiedy będziesz się leczyła z poparzeń. Proponuję od razy zapytać lekarza o stosowanie środków na oparzenia po naświetlaniach jeszcze przed pierwszymi zabiegami, i o to, by przepisał odpowiednie, żeby je mieć w pogotowiu. Ponieważ mnie nikt czegoś podobnego nie zalecał, biegałem z oparzeniami, które pojawiły się pod koniec zabiegów, które były dosyć nieprzyjemne, aż do momentu, w którym postanowiłem odwiedzić oddział i zapytać o ewentualne środki. Bardzo się zdziwiły panie, że postanowiłem, czy miałem czelność pytać o podobne rzeczy, i nawet zarzuciły najście nieuprawnione na oddział dla chorych, jednak po wymianie kilku nerwowych zdań postanowiły skierować do bardzo zajętego pana doktora, który zechciał przepisać maść. Te oparzenia jednak nie są jakieś tragiczne. Skóra wygląda jak po porządnej dawce słońca. Ponieważ dochodzi do tego brud, bo przecież przez cały czas trwania zabiegów, w trosce o skórę, nie można się myć, to całość sprawia wrażenie czegoś bardzo niemiłego. Napromieniane części ciała robią się bardzo czerwone, jak przy mocnym oparzeniu słonecznym. Całość nie boli jak bardzo, jednak przeszkadza. Przy naświetlaniu brzucha często pojawiają się nudności i wymioty jak przy chemioterapiach. Jednak przy mojej klatce piersiowej, pomimo tego, że z czasem odczuwałem dyskomfort i nudności, nigdy nie wymiotowałem i całość zniosłem nieporównywalnie lepiej niż jakąkolwiek część chemioterapii.
Wszystko odbywało się, jak to się mówi, ambulatoryjnie. Bez leżenia na oddziale, w szpitalnym łóżku. Za każdym razem kilku pacjentów przede mną czekało na swoją dawkę, mój zabieg trwał w sumie, z przygotowaniami 5 minut, i mogłem po wszystkim wracać do domu.
dzięki bardzo z tego co wiem bede miała naświetlana szyje...Jeszcze raz dziękuje