Moi Drodzy,
być może zdziwi Was fakt, że dołączyłam do Was dopiero teraz, kiedy miesiąc temu przyszedł wynik Z Dolnośląskiego Centrum Medycyny Nuklearnej. Wynik tak oczekiwany, wytęskniony i wypłakany. Bóg jeden wie ( i Wy pewnie też) ile cierpienia, bólu , strachu pomieszanego z wiarą przynosi przejście przez chemię. Ile razy jest się blisko załamania, ile bólu sprawia się niechcący bliskim, jak łatwo ulega się emocjom.
Ja zapamiętam to do końca życia.
Chemię znosiłam strasznie - nie miałam objawów ze strony przewodu pokarmowego, ale gorączkowałam z utratą świadomości włącznie. Nie wiem skąd biorę siłę, by o tym pisać, bo na samą myśl mam dreszcze.
Ale każdy kto przeszedł ozdrowienie, wie - a ja dopiero się dowiaduję, że walka się nie kończy. Ja straciłam wiarę, że moje życie, zdrowe życie się poukłada. Straciłam energię - o dziwo teraz - czuje się niepewnie, niekobieco i niewartościowo. Nie wiem dlaczego. Nie śpię , mam stany lękowe, wstydzę się wychodzić do ludzi, najchętniej zaszyłabym się gdzieś daleko, jak najdalej.
Czy ktoś z Was przeżył coś podobnego? Czy jest to stan w jakimś stopniu usprawiedliwiony czy nie obejdzie się bez radykalnej pomocy psychologa?
Moim zdaniem do psychologa można się zapisać, może bez przekonania, że kilka wizyt zdziała cuda, ale raczej z nadzieją, że nastąpi chociaż subtelna różnica. Kto wie ? Co do objawów, o których piszesz, chciałbym tylko poinformować, że substancje, które przyjmowaliśmy podczas chemii, wędrowały krwią aż do mózgu, gdzie dokonały podobnych spustoszeń, jak wśród niektórych komórek w innych partiach ciała. Pamiętam, że z lektury książki opisującej ziarnicę złośliwą, zapadły mi w pamięć sformułowania dotyczące konsekwencji przyjmowania chemioterapeutyków na funkcjonowanie psychiki. Mówiąc krótko, i przytaczając zawartość z pamięci, po przyjęciu określonych substancji zaburza się poziom neuroprzekaźników między neuronami, co doprowadza do wielu konsekwencji, w tym depresji, lęków, niepokoju, i Bóg wie czego jeszcze. Więc, chcę powiedzieć, nie powinniśmy uważać, że niebezpieczeństwo tkwi tylko w tym, że dotyka nas choroba, że rysuje się perspektywa możliwego końca życia, że zastanawiamy się nad tym wszystkim, i nie tylko dotykają nas problemy z ciałem, gdzie mózg nie jest doń wliczany, ale także pojawiają się problemy z umysłem, po prostu z jego fizjologią, gdzie część procesów, podczas 'leczenia' ulega poważnym zaburzeniom. Te problemy mogą mijać z czasem. Pamiętam swój przypadek, jak czułem się po kolejnych dawkach, a teraz po wielu latach nic podobnego już mnie nie dotyka. Może czasem drobny lęk, obawa trochę większa. Nie jest jednak tak, że wszystko wiąże się z chemioterapeutykami, i nie jest tak, że poziom neuroprzekaźników i stan psychiczny - to są dwie różne rzeczy. Wszystko tu się ze sobą wiąże, więc myślę, żeby dać sobie trochę czasu, trochę odpocząć, niech czas płynie, choćby trochę, odwiedzić psychologa, opowiedzieć mu o tym wszystkim co nas dręczy, zastanowić się wspólnie, nad tym, czy może dały o sobie znać jakieś niekorzystne procesy psychiczne, i przede wszystkim nie mieć w stosunku do siebie wymagań, że powinniśmy od razu wrócić do życia jako wygrani, w pełni sprawni, z jeszcze większymi wymaganiami w stosunku do siebie samych, teraz kiedy już jesteśmy zdrowi.