Niesamowite,co napisałaś-jakbym czytała samą siebie
A już myślałam,że tylko ja jestem taka ...
Jestem prawie 20 lat po zz,bez nawrotu,leczenie przeszłam bardzo dobrze - równiez od strony psychicznej.Pozytywnie nastawiona. Ale zaczęło się po 2 miesiącach od wyleczenia-pierwsza depresja.I tak przez te wszystkie lata tak raz-dwa razy do roku popadam... zaczyna się niewinnie od jakiegoś małego bólu-czasem szyja,czasem klatka, czasem ręka lub noga czy też bóle kości.Kiedyś odwiedzilam 4 lekarzy- bolala mnie noga i drętwiala-badania były ok,bylam u onkologa,u neurologa, ortopedy, lekarza rodzinnego...nic nie znaleźli.To było 10 lat temu.W końcu przeszło, choć jak niej pomyślę, to gdzieś tam czuję ból...więc to wszystko jest w naszej głowie.
Jeśli macie jakieś sposoby na depresję -piszcie. Dziękuję za wszytskie ciepłe i pocieszające opowieści-chyba nie trzeba pisać ,ile to daje naszej psyche czytać ....
Pozdrawiam ciepło:)
Dziękuję, że to napisałaś…. Szczególnie tą historię o dziadku…
Jestem prawie 11 miesięcy w remisji. W czasie leczenia byłam bardzo dzielna, chodziłam do pracy, koledzy mówili, że w ogóle nie widać po mnie choroby. Po zakończeniu leczenia jakby piorun we mnie uderzył, zaczęłam być bardzo nerwowa, przewrażliwiona. Zmieniłam nawet swoje stanowisko pracy na mniej stresujące… Spokojna o swoje zdrowie byłam tylko przez kilka tygodni po kontrolnych badaniach, potem znowu zadręczałam się myślami, że „to” może nadal istnieje. Ta niepewność bywa czasami nie do zniesienia… Najmniejszy problem ze zdrowiem (dotyczy to również moich bliskich) z mojej perspektywy jawi się jako ciężka choroba. Gdy tylko usłyszę, że kogoś coś tam boli, to najnormalniej w świecie paraliżuje mnie ze strachu. Oczywiście nie dzielę się z nikim swoimi myślami… znam je tylko ja.
Dzisiaj postanowiłam poszukać coś na forum o psychice i o „figlach” jakie potrafi spłatać po leczeniu i znalazłam ten post. Wystarczyło kilka zdań… Teraz jak mnie dopadną czarne myśli będę myślała o „dziadziu z Mazur”