No daj spokój, Misiek jej rzyga to musi dziewczyna >odreagować ;-) Jakbym moje Maleństwo w trakcie zjazdów >pochemicznych na orzełki namawiał, to bym na tym śnieżku >razem z oknem wylądował ;-)
z moich wspomnień to wyglądało tak
- poniedzialęk chemia - najpierw pare godzin pod gabinetem potem wlewik i spacerkiem (+autobus) do domu - pamiętam jak dziś jak mi lekarz powiedział że ma pacjenta ktory po chemii do domu jedzie na rowerze - Co ja gorzy miałem być ?, wieczorem chwila wachania żygać czy nie ( zwykle decydowałem że nie :) )
- wtorek, rano pobudka i do pracy, w pracy na obiad dwie garście pigułek... i tak do następnego poniedziałku.
potem dwa tygodnie przerwy w chemii... w lato wykorzystałem je by pojechać nad może lub jeziora ( normalny standardowy urlop - po czasie okazało się iż podczas 8 kursów tylko raz wziołem 3 dni zwolnienia lekarskiego ) nieraz było uciążliwie, bo szczególnie zaraz po chemii codzinnie badanie krwi, raz zjechalem wynikami tak w dół że 100 km jechałem po neupogen ale nie zrezygnowałem z wczasów. - innymi słowy żyłem normalnie(?).
W 1998 "chemikom" na ulicy było łatwiej - mistrzostwa świata w piłce nożnej (Francja) spowodowały, że fryzura typu "łyse włosy" były szczytem mody :)
Znajomi, rodzina... wszyscy traktowali sytuacje jak coś normalnego, choć na początku było różnie. Szczególnie mojej mamie było trudno wytłumaczyć iż nie powinienem leżeć włóżku i sobie chorować - nawet na tym tle doszło do scysji rodzinnej. No bo w jej opinii "Jak moja wstrętna żona może pozwalać, ba! nawet kazać chodzić mi do pracy - przecież mój syn jest chory." Dziś wiem, że praca to był jeden z elemtow który sprawił że "Styks stał się Rubikonem".