Dzionek zaczął się dość wcześnie;)...czyli pobudka o 3 rano - czy ja wogóle spałam?:) A no tak...ostatnia godzina, jaką pamietam to 01:09 czyli raczej w fazę REM snu nie weszłam;) Dotarłam na dworzec po godzinie 4 i podtrzymując powieki na przysłowiowych zapałkach z wielkim bagażem usadowiłam się tylko chwilowo w przedziale..Jedna szybka przesiadka i już mogłam nadrabiać "senne" zaległości w pociągu do Gdańska;) Czy ja już kiedyś mówiłam jak lubię podróżować PKP...można spotkać taką masę orginalnych ludzi;) a już adrenalinę na podwyższonym poziomie ma się wliczoną w cenę biletu:> Do Łodzi mogłam wyłożyć swe niedospane ciało bez problemów w przedziale...potem zaszczyciła mnie swą obecnością grupa kibiców Widzewa - jak się okazało:| Ja nie wiem jak to jest, ale zawsze mam jakieś podróże z ekscesami...Gdyby nie fakt, że byłam cholernie zmęczona to na pewno uciekłabym stamtąd - ale dosiadła się jeszcze młoda matka z dzieckiem więc stwierdziłam, że nie ma co panikować - zwłaszcza, że bobas zawładnął bezgranicznie uwagą kibiców, obsypujących go dobrymi radami jak zostać pierwszoligowym piłkarzem na przyszłość;)...hmmm...ciekawe co myślał sobie ten 3 latek przyglądając non stop zagadującym do niego panom ubranym w te same koszulki:> Podróż mijała mimo wszystko w dość pozytywnej atmosferze...Stacja Bydgoszcz-Fordon chyba już zawsze będzie mi się kojarzyć z badaniem, o które najdłużej walczyłam czyli z PETem...

No to zlądowałam w Gdańsku:) Czekam sobie na moją morską dziewczynę nr 1:) Stres mam lekki bo kobitka porusza sie z dużym jak na moje gusta psem - hmmmm mam spedzić równiez w jego towarzystwie tydzień więc wypadałoby żeby mnie chyba polubił (a dokładniej polubiła;)) od początku;).....
Hahahaha....i wreszcie długo wyczekiwane spotkanie:) Uściski, uściski i jeszcze raz uściski oczywiście z Ewcią:) bo Mia została wytagrana za uszka:)...Taaa tresowane owczarki to ja lubię i mogą być wtedy niewiadomo jak wielkie:)))))
Właściwie to powinnam tak naprawdę jechać pociągiem do Koszalina...no ale to nie była pomyłka ten pociąg do Gdańska...Jeszcze najistotniejszy punkt programu dnia - odwiedziny u Kasi, w klinice hematologii...Trochę jestem niepocieszona, że akurat wlew DHAPa przypadł jej ponad tydzień temu ale nadal musi leżaczkować ze względu na niższe wyniki...Oczywiście odrzut zapachowy na wejście musiał być:|ale...
Hehehehe....i znów uściski i uściski:) No i komentarz Kasi:hmmm jesteś faktycznie większa niż na zdjęciach;) hihihi -tego nie da sie jednak ukryć;) 181cm wzrostu bywa zauważalne;)
Ale jaki komfort rozmowy miałyśmy - wszyscy goście poupychani w salach albo na korytarzu - a my w oddziałowej bibliotece:D Cisza i spokój, i herbatka na rozluźnienie...Czas płynął wręcz niezauważalnie, no ale czego można się spodziewać po 3 bardzoooo wygadanych kobietach z z ogrooomnym poczuciem humoru;) Niestety było coraz później a nas z Ewą czekała jeszcze podróz 200km do domu, trzeba było się pożegnać i zmotywować Kasię by szybko wyniki szły w górę i puszczali ją do domu:D
No to zawitałyśmy do domku:))) ale oczywiście bedąc te pare kilometrów od morza nie sposób było sobie darować nawet o już dość później porze i bardzo wcześnie rozpoczętym przez mnie dzionku tych widoków, na które dokładnie cały rok czekałam:))))
Plaaaaaażaaaaa:)))))))) morze:)))))))))) duuuużo wody:D:D:D:D i ten niesamowity szum...To ja tu juz na noc zostaję;) Po prostu mogę siedzieć na piasku, wsłuchiwać się w cudne dźwięki, spogladać na horyzont i mewy trzepoczące gdzies w pobliżu swymi skrzydłami... Odpływam na luzie... Niby pustka w głowie ale jak mi teraz dobrze...Siedzieć i przesypywać w palcach piasek albo bosymi stopami zmierzać w obojetnie którą stronę...Kocham morskie klimaty jak nic innego - czuję się tu takim małym trybikiem w jakiejś wielkiej machinie tego, co mnie otacza...A teraz juz tylko spaaaaać....