10 października 2006 trafiłam na oddział chemioterapii BCO. Hmmm, tu kolejny szok. Chyba nawet większy niż w momencie, kiedy usłyszałam diagnozę. Po raz pierwszy w życiu byłam na "takim" oddziale, zobaczyłam ludzi łysych, kobiety w chustce (i to nie był jakiś talk show w TV) pod kroplówkami, chodzących ze stojakami, na których wisiały jakieś kolorowe torebki z płynami. Ja nawet nie wiedziałam, że na tym polega chemioterapia. I znowu wrażenie, że śnię... Chciałam krzyczeć, że to pomyłka, że ja nie jestem jedną z nich!!! Chciałam uciec... Niestety ledwo mogłam wydusić słowo, a co tu mówić o krzyku. I ten cholerny sen nie chciał się skończyć...
Krótka rozmowa z ordynatorem, w tym samym dniu CT brzucha i trepanobiopsja, która miała stwierdzić czy zajęty jest szpik (szczęśliwie okazało się, że zarówno szpik jak i brzuch był czysty :), zdiagnozowano mnie na NS I CS II B). Potem dłuższa już rozmowa z lekarzem prowadzącym, z której zapamiętałam tylko kilka zdań: "To nie będzie zabawa w przedłużanie życia, to będzie ostra walka o życie" oraz, że wyjdą mi włosy i być może już nigdy nie będę mogła mieć dzieci....Dowiedziałam, się również, że będę miała podane 6 kursów chemioterapii ABVD, szkoda tylko, że nie powiedziano mi, że 1 kurs = 2 wlewy... :/
A ja się dalej nie mogłam obudzić..... To co wtedy mówił do mnie lekarz pamiętam jak przez mgłę, musiałam być w "lekkim" szoku, bo po zmierzeniu ciśnienia padło momentalnie pytanie: "Co dać pani na uspokojenie?"
Na oddziale spędziłam tylko kilka dni (na szczęście). Pierwsze podanie chemii, nawet dość znośne :) Tylko ta dacarbazyna, jak mnie ręka bolała i momentalnie mdłości.... Zaczynałam poznawać "uroki" bycia pacjentką oddziału chemioterapii... No nic, pierwszy wlew za mną i na drugi dzień wróciłam do domu. Od tej pory przychodziłam do szpitala tylko co dwa tygodnie, na tzw. oddział dzienny.
Następne pół roku wyznaczone było datami kolejnych wlewów. Po każdym kilka dni dochodzenia do siebie, pozostały czas w miarę możliwości spędzałam "normalnie"
Kolejne kilka wlewów były już jednak coraz cięższe. No tak, podobno pierwsza chemia to szok dla organizmu, drastyczny spadek wartości. Organizm z dnia na dzień był coraz słabszy. Drugi wlew - zaczęły się nie tylko wymioty, ale także, jak się miało okazać, to był moment kiedy zaczęły mi wypadać włosy... Najpierw zostawiałam je na szczotce, a później już wszędzie. Zaczęłam dostawać szału, więc nie czekałam długo i własnoręcznie maszynką zgoliłam je. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek zdobędę się na taką ekstrawagancję :) A kilka dni wcześniej pielęgniarki na "dziennym" pocieszały mnie, że: "Jeszcze żadna ziarnica nie chodziła u nas w peruce" Czyżbym miała być tą pierwszą..? :/ Na szczęście profilaktycznie byłam już zaopatrzona w perukę.
Z ta peruką to w ogóle wiąże się zabawna sytuacja, siedzę sobie na chemii (bodajże trzecie czy czwarte podanie) i rozmowa zeszła na temat peruk. Wszystkie panie były zaskoczone, że to nie są moje naturalne włosy i niektóre poprosiły o model i numer, żeby sobie podobną kupić. W tym momencie wchodzi pielęgniarka, usłyszała temat rozmowy (ale niedokładnie) i zwraca się do mnie: "Niech pani nie kupuje peruki, mówiłyśmy przecież, że nie wypadną. Naprawdę szkoda pieniędzy" Długo nie mogła zrozumieć, dlaczego cały oddział dzienny ryknął śmiechem :) Swoją drogą wspaniałe kobiety, dla każdego zawsze znalazły dobre słowo!!!
Kolejny wlew i kryzys... Wyniki spadły poniżej dolnej granicy, ponieważ czułam się doskonale uprosiłam panią doktor, żebym jednak miała podaną chemię, nie chciałam przekładać niczego, chciałam jak najszybciej mieć to za sobą... Dostałam "warunkowo" z komentarzem, że na pewno w ciągu dwóch tygodni nie podciągnę wyników na tyle, żeby mieć kolejny wlew planowo...
Ha!!! Nie wzięła pod uwagę uporu i charakteru góralskiego :D W przeciągu dwóch tygodni wyniki mi podskoczyły tak, że aż sama byłam zaskoczona!!! [wielkie podziękowania dla Mamy, która robiła mi soczki z buraków i marchewki oraz dla producenta wina Egri Bikaver ;)]
No ale miało być o kryzysie, a ja tu o winie... :)
Był i to konkretny. Już w trakcie wlewu miałam coraz większe mdłości, Atossa w zastrzyku nie pomagała, dostałam jeszcze w tabletkach, nic!!! Nie wiedziałam już jak mam siedzieć, wszystko mnie bolało. Jak na złość ręka i żyła odmówiły posłuszeństwa, więc wredna dacarbazyna spływała ślimaczym tempem, a mi łzy zaczęły spływać z bólu. Czegoś takiego nigdy wcześniej, ani później nie przeżyłam... Nareszcie koniec, zwlokłam się z leżanki i chwiejnym krokiem ruszyłam do domu. Mieszkam koło szpitala, z okna go widzę, a mimo to, ta droga trwała wieczność. Musiałam wzbudzać zainteresowanie, bo szłam trzymając się ścian budynków, nie miałam siły już powstrzymywać łez... Jak tylko przekroczyłam próg domu rzuciłam ciuchy na podłogę i pognałam do ubikacji. To było okropne, miałam silną biegunkę, a równocześnie wymiotowałam. Serce waliło jak oszalałe. W przerwach leżałam zwinięta i ryczałam z bólu, myślałam, że zadzwonię po pogotowie. Przez myśl mi przeszło czy to już koniec? Czy tak ma wyglądać moje pożegnanie z tym światem?...:/ Trwało to około dwóch godzin po czym... minęło jak ręką odjął. Podobno była to reakcja organizmu na dwa plasterki zielonego ogórka... :-(
No, ale na szczęście potem było już z górki :) Oczywiście zdarzyło się jeszcze kilka "pawików", ale to nic w porównaniu z poprzednim doznaniem. Wtedy też zaczęłam korzystać z życia. Na złość złośnicy!! Tak właśnie, paradoksalnie podczas choroby poczułam głód życia. Zaczęłam wychodzić z domu, chodzić do kina (zdarzało się, że w trakcie weekendu byłam dwukrotnie) i do teatru. Przed chorobą, w kinie bywałam średnio raz na pół roku, na nic nie miałam czasu... Teraz postanowiłam wykorzystać to, że w końcu miałam czas dla siebie, tym bardziej że kolejne podanie chemii znosiłam coraz lepiej. Poza tym coś około 4 wlewu czułam to niesamowite podekscytowanie, że już wkrótce koniec....
W tym miejscu będzie o największym rozczarowaniu w trakcie leczenia. Już wcześniej coś podejrzewałam, ale nie dopuszczałam tej myśli do siebie. Zapytać też nie miałam odwagi, bo bałam się potwierdzenia mojego przypuszczenia... ale w końcu nie wytrzymałam. Ze strony dowiedziałam się, że wlew a chemia (1 kurs) to niekoniecznie to samo. Ale ciągle pamiętałam rozmowę z lekarzem, który potwierdził mi, że po 6 chemiach jest koniec, a datą graniczną były Święta Bożego Narodzenia. Dokładnie 3 miesiące po rozpoczęciu leczenia, więc tu niby pasowało. Przy piątym podaniu postanowiłam się upewnić. Zapytałam, czy następny wlew to już na pewno będzie ostatni, bo... Nie zdążyłam dokończyć, usłyszałam: "Jaki ostatni? Pani ma zaplanowane 6 kursów, a to oznacza 12 wlewów. To nawet połowa nie jest" A do licha miał być koniec... :/ No wtedy to się podłamałam, jak ja nie lubię takich niedomówień!!! Wiem, moja wina, trzeba było pytać wcześniej... No cóż, człowiek nie wie, ile jest w stanie znieść dopóki sam nie będzie musiał... Nic to, the show must go on.
W połowie chemioterapii kontrolny CT. REGRESJA PONAD 50% W końcu po trzech miesiącach wiedziałam, że to co się ze mną dzieje ma sens!!! Że warto!!!
W zasadzie można powiedzieć, że po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do takiego życia, zacisnęłam zęby i uśmiechałam się wokoło. Ale najdziwniejsze jest to, że to nie chemia mnie wykańczała, tą znosiłam zaskakująco dobrze. Ja chciałam już do "żywych" wracać!!! Na przekór!! Robić wszystko to, na co wtedy nie miałam siły. Kino, teatr to było już dla nie za mało. No więc znowu los (przewrotny i zaskakujący reżyser) zapodał mi niespodziankę w postaci autka - (dzięki siostrzyczko)!!! Po dwunastu latach od zrobienia prawa jazdy (i nigdy!!! za kółkiem) wykupiłam jazdy u instruktora i zaczęłam na nowo uczyć się jeździć!!! Od marca jestem dumną posiadaczką "szałowej/szalonej babki" (taka pieszczotliwa nazwa od nr rejestracyjnego) i coraz lepiej radzącym już sobie kierowcą :) Heheh, ale nigdy nie zapomnę miny instruktorki, kiedy dowiedziała się na co choruję!! Dobrze, że ja siedziałam za kierownicą, stłuczka murowana :)
Jakoś pod koniec chemioterapii kończyło mi się już zwolnienie lekarskie więc wystąpiłam z wnioskiem do ZUS-u o przyznanie mi świadczenia rehabilitacyjnego. 3 m-ce i wracam do życia, tyle mi wystarczy. Jednak lekarz orzecznik miał trochę inną koncepcję... Po kilku minutach przeglądania wypisów szpitalnych usłyszałam: "Przyznaję pani rok świadczenia rehabilitacyjnego" Na co ja z nieukrywanym oburzeniem: nie zgadzam się, góra 3 miesiące, więcej nie potrzebuję!!!! Widok zdumionej twarzy lekarza orzecznika, który chce przyznać pacjentowi dłuższe świadczenie, a pacjent nie chce - BEZCENNE :)
No cóż, musiałam podpisać oświadczenie, że to na wyraźne moje życzenie taki krótki okres i zapewnić, że jakby co to się zgłoszę celem przedłużenia. Ale ja nie przewiduję żadnego "jakby co"!!!!!!
W końcu nadszedł ten upragniony dzień, 16 marca ostatnie podanie chemii!!!! Wszyscy, ale to wszyscy w szpitalu znali już tą szczęśliwą wiadomość :) Nie było osoby, której się nie pochwaliłam!!!! Niestety moje żyły powiedziały stop i na finiszu pobiłam rekord wlewu, ponad 6 godzin. Jako ostatni pacjent siedziałam już na korytarzu i modliłam się do dacarbazyny, żeby już się skończyła. Ale świadomość tego, że to już ostatni raz dodawał mi skrzydeł!!!
Podsumowując ten etap mojego leczenia mogę się pochwalić tym, że mimo przechodzenia chemii zimą, ani razu (!!!) nie byłam nawet przeziębiona. Ani razu nie miałam przesuniętej chemii ze względu na złe wyniki. Ani razu nie musiałam się wspomagać żadnymi tabletkami typu Neupogen. Ucierpiały żyły, i to konkretnie, już pod koniec był problem, żeby znaleźć jakąś dobrą, wszędzie zrosty. Ucierpiał mój wygląd, sterydowym kilogramom mówię stanowcze NIE!!!! Niestety na razie bezskutecznie... :/
Ale warto było!!! Na zakończenie chemioterapii kontrolny TK, który wykazał prawie 100% regresję!!! W zasadzie zostały mi jeszcze 2 powiększone węzły, które mogły być już zwłókniałe. "Moja" pani doktor pokusiła się nawet o stwierdzenie: "W zasadzie można mówić o remisji, tylko te dwa węzły są powiększone. Gdyby nie one mielibyśmy pewność" I dlatego przekazano mnie do zakładu radioterapii na "promyczki" I to w planach jakieś 6 tygodni, kurcze zaczęłam się martwić, czy zdążę przed urodzinami... :/